Blog emigracyjny

czwartek, 29 stycznia 2026

Zrób sobie cieplej w UK

 

Masz problem z utrzymaniem ciepła w brytyjskim domu i poziomem wilgoci? Tak, to tutaj częsta przypadłość. Warunków tego kraju nie zmienimy, ale jest parę sposobów, aby sobie pomóc.


Takie dolegliwości szczególnie są odczuwalne przez tych, którzy w Polsce wychowali się w nowoczesnych blokach czy apartamentowcach. A u nas to dość powszechny typ zakwaterowania.

Ci z wolno stojących domów, z miejsc bez centralnego ogrzewania, mogą być lepiej przygotowani na takie warunki i na szok cenowy związany z kosztami ogrzewania.

Tutaj zresztą "centralne" jest tak naprawdę "lokalnym centralnym". Ciepło dostarczane jest z bojlera w domu, a nie z elektrociepłowni miejskiej. Coś takiego to tutaj byłby "network heating".

Przy obecnych kosztach w tym kraju, najlepiej mieszkać w środku szeregowca (terraced house), najlepiej w miarę nowego (o ile to możliwe) i oczywiście polegać na gazie. O "double glazing", czyli cywilizowanych oknach, nie wspominając.

tani grzejnik olejowy UK
Co jednak zrobić, kiedy jest inaczej? Kiedy mieszkasz w wolno stojącym domu i masz tylko prąd i elektryczne kaloryfery?

Owszem, można grzać tym, co się posiada, ale taki grzejnik ma np. 2 kilowaty mocy (2000 wat). Jeden! Łatwo obliczyć, jakie będą koszta za parę godzin dziennie...

Pierwszym problemem jest zapewnienie dodatkowego źródła ogrzewania. Ognia, niestety nie rozpalimy. Trzeba polegać na prądzie.

Wszelkiego rodzaju dmuchawy to tylko rozwiązanie na chwilę. Mają też np. do 2000 wat, a ciepło szybko ucieka.

Rozwiązaniem, nie tylko w UK, jest grzejnik olejowy. Olej bowiem wolno oddaje ciepło. Kaloryferek wyłącza się automatycznie, a dalej jest gorący.

I taki z pięcioma żeberkami jest tani i ma np. tylko 800 W. Wystarcza do ogrzania jednego pokoju. Nie pobiera prądu cały czas (po odpowiednim nastawieniu), a wciąż grzeje.

Inną opcją, może nawet lepszą, jest grzejnik na podczerwień. Ten ogrzeje szybciej - nawet w minutę! - zużyje nawet mniej prądu na taką samą powierzchnię, choć krócej utrzymuje ciepło po wyłączeniu. Za to jest płaski i można go nawet zawiesić na ścianie.

pochłaniacz wilgoci UK
Masz jednak wciąż problem z wilgocią w domu? Tu też z pomocą przychodzi technika. Przyda się dehumidifier, czyli pochłaniacz wilgoci. Tutaj trzeba wybrać taki, który znów - zużywa mało prądu, a ma przyzwoitą przynajmniej wydajność. Takie bowiem, które wyciągną z powietrza szkalnkę wody na dzień, w tych warunkach na niewiele się zdadzą.

Dodatkowy problem stwarza suszenie prania w pomieszczeniach. Owszem, można i trzeba sobie pomagać wietrząc. No ale bywa, że z zewnątrz wchodzi nie tylko zimne, ale też wilgotne powietrze. Nie mówiąc już o suszeniu na zewnątrz - to tylko w lecie. Moje próby suszenia prania w październiku zakończyłem z wciąż wilgotnym praniem po kilku dniach. Cóż z tego, że nie padało. Wilgotność powietrza wynosi w chwili, kiedy to piszę, 90 procent. A do suszenia powinno to być poniżej 60%...

Tak więc – najpierw pranie wirujemy dwukrotnie. Później konieczna jest suszarka do prania. I niekoniecznie trzeba kupować drogą maszynę na 10 kg prania. Istnieją już na rynku małe, wydajne i tanie. Jak choćby ta.

Zobacz kompaktową suszarkę do prania

Można ją ustawić w dowolnym miejscu. Owszem, ma ona rurę, którą uchodzi wilgoć, ale wcale nie musimy posiadać dla niej dziury w ścianie ani otwierać okna. Zamiast tego, używamy takie urządzonko.

I mamy „zawsze sucho, zawsze pewnie”. Nawet w Wielkiej Brytanii.


Poprzednio - W UK jak za komuny


 




wtorek, 23 września 2025

W UK jak za komuny


Wielka Brytania niewątpliwie jest w kryzysie. Nie pierwszym zresztą. Coraz trudniej tu przetrwać. Widoków na poprawę nie ma, tym bardziej, że działa tu chyba nie tylko chwilowa koniunktura, ale problemy strukturalne.


Nie przypuszczałem, żyjąc w bloku w socjalistycznej Polsce, nie martwiąc się o ciepło, że kiedyś przyjdzie mi marznąć w tej piątej gospodarce świata. W kapitalizmie.
Owszem, w latach 80-tych doświadczyłem w PRL przerw w dostawach prądu (choć ciepło dalej było), tyle że - tutaj wyłączano go już 10 lat wcześniej.

Tak, za komuny były braki, nie mówiąc o wielu innych uciążliwościach - zwłaszcza tych politycznych (choć tu już też zaczynają "brać za mordę"). I nie chciałbym wrócić do tego systemu. On był opresyjny i niewydajny.

Ale jaki jest ten? Czy można opierać gospodarkę na tym, że wciąż będą rosły ceny domów?

rosnące koszty życia w UK
Koszmary z książek do geografii, z których niektórzy z nas uczyli się za komuny, kiedyś wyśmiewane, dziś okazują się prawdą. Co prawda nie ma tu faveli jak w Brazylii, ani osiedli przyczep kempingowych jak w Stanach, ani aż takich tłumów bezdomnych.

Jednak jest ich chyba więcej niż w Polsce. A tzw. „domy”, często w dzielnicach środmiejskich, to małe, chłodne, zagrzybione budki. Człowiek, który mieszkał w bloku z wielkiej płyty, miał w porównaniu do tego relatywny komfort.

Nie mówiąc już o otoczeniu w jakim stoją te brytyjskie „familoki”  - publika spod ciemnej gwiazdy to mało powiedziane. To często życie pośród tępych degeneratów.

Tak, zgadza się, tu mamy szynkę. Przez cały czas, a nie tylko od święta, jak w socjalistycznej Polsce. Z chlebem już inna sprawa.
Ale braki różnych produktów też się zdarzają.


To nie wszystkie przyczyny


Doprowadzili do ruiny ten kraj (a sytuacja międzynarodowa dodaje swoje). Najpierw reformy Margaret Thatcher - którą tatuś, zręczny, protestancki sklepikarz, uczył, żeby do wszystkiego dochodzić samemu, że nikt ci nie musi pomagać. Tak, to piękna i użyteczna idea. Tyle, że nie każdy da rady. I aby do czegoś dojść, jeżeli nie mają ci nic dawać - to powinni przynajmniej nie przeszkadzać.

Ale przecież dawali. I za czasów „Żelaznej Lady” i za późniejszych rządów. Tylko że w znacznej części takim, którym się nie chciało pracować, bo na benefitach się wychowali.

I nie wszystko działa lepiej i zgodnie z przeznaczeniem w warunkach własności prywatnej. Dziś np. miasta z powrotem przejmują komunikację. Podobnie może być z innymi branżami. Okazało się, że nie wszystkie pomysły pani Thatcher się sprawdzają.

Zafundowali sobie Brexit. Wypisali się z największego bloku gospodarczego. To już było podcięcie gałęzi, na której się siedzi.

Mamy rząd Partii Pracy. Która pracujących raczej prześladuje i najwyraźniej nie ma żadnego błyskotliwego pomysłu jak poprawić sytuację. A co do zasiłków to zachowuje się jak wariat z siekierą i utrudnia ich pobieranie tym, którzy tego właśnie potrzebują.

Stworzyli żarloczny system wynajmu domów. Zasoby komunalne zostały rozsprzedane. Rynek - to rzecz święta. Nawet, jakby miał pożerać własny ogon.

Ceny energii, ale nie tylko, musiały zawsze iść w górę, a głównym uzasadnieniem było to, że „takie są tendencje rynkowe”. Tzn. w praktyce np. jak inni podnosili ceny - bo ktoś chciał po prostu mieć więcej forsy - to my też podniesiemy.

A chciał i chce mieć więcej. To widać po jakże hojnych uposażeniach zarządów, odprawach - coraz większych - w sytuacji kiedy danej firmie podobno nie idzie najlepiej.


Energia - problem podstawowy


Z ogrzewaniem, zresztą zawsze był tu problem. Przestarzałe systemy, brak prawdziwego centralnego (oni mają lokalne "centralne"), rachityczne domki nie zbudowane tak, aby izolować i utrzymywać ciepło. Ochrona przed grzybem poprzez otwieranie okien albo utrzymywanie nieszczelnych, bo wentylacji z prawdziwego zdarzenia nie ma.

___________________________

Tańszy pomysł na ogrzewanie - grzejnik na podczerwień

____________________________

A emeryturki tu cieniutkie. Zawsze były. Opowiastki o bogatych emerytach z Zachodu, którzy dobrze się bawią i zwiedzają świat, tu można włożyć między bajki.

Wielu pozostaje kemping w Walii - zresztą też za spore pieniądze. Albo latami nic.


Nie przesadza się starych drzew


„Jak ci tak źle, to czemu nie wrócisz do Polski” - pyta gastarbeiter, który raz tu raz tam, a dla którego w Polsce jeszcze tatuś z mamusią trzymają ciepłą chatkę gdzieś w country albo mieszkanko na wielkomiejskim osiedlu.

A tymczasem niektórzy przyjechali tu dekady temu, kiedy jeszcze byli młodzi. Teraz mają np. po 50-tce. Dzieci, które tu chodzą do szkoły, kredyty, zapuścili korzenie po prostu. A w Polsce już nic.

Niektórzy jednak jadą z powrotem. Ale tam przecież też nie jest lekko. Koszyk zakupów coraz droższy, a rachunek za energię też potrafi przyprawić o ból głowy. O konkretną pracę za konkretne pieniądze trudno. Powroty z Polski do UK wobec tego też się zdarzają.

Ja tutaj jednak trwam. I mimo wszystko jakoś sobie radzę, Znam lepiej techniki przetrwania w takich warunkach. Nie żywię się w drogich take-awayach. Gotuję sam. Robię przetwory, a nawet wędliny i chleb. I mam z tego uciechę. Wiem gdzie kupić taniej.
Choć oczywiście wolałbym, żeby było lepiej. Bo mam już dość harowania ponad miarę.

A jednak „Przeżyliśmy Potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki”.



Poprzedni post - Papierosy w UK - tylko "na lewo"





piątek, 4 kwietnia 2025

Papierosy w UK – tylko „na lewo”

 

To już ogrom. Rynek nielegalnych wyrobów tytoniowych w UK jest tak rozwinięty, że korzysta lub skorzystało z niego grubo ponad 80% konsumentów. I ta liczba będzie rosnąć, bo rząd ma zanadrzu nowe podwyżki i ograniczenia.


papierosy w przemytu w UK
Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tym zjawiskiem na taką skalę. W Polsce ktoś tam czasami narzekał na podwyżki, ktoś wspomniał o papierosach „od Ruskich”, ale normalnie kupowało się je w sklepie (inna sprawa, że w każdym). Nikt nie zastanawaiłą się gdzie je kupić, kto ma po ile itd.

Będąc w jakimkolwiek innym kraju europejskim, było podobnie. Nie mówię już o tym, jak byłem w Afryce - tam papierosy z Europy oczywiście kosztowały mniej niż w Europie. Dużo mniej.

W Wielkiej Brytanii wyroby tytoniowe notują ceny najwyższe na świecie. Rząd dba rzekomo o nasze zdrowie, ale przy okazji nabija sobie kabzę - z czegoś przecież trzeba żyć, a produkcja tutaj nie wielka.

Nic dziwnego, że handel nielegalnymi papierosami w UK tak kwitnie. Dla wielu - imigrantów na pewno, ale nie tylko – to główne, jeżeli nie jedyne źródło zapotrzenia się w papierosy i tytoń. Papierosy pochodzą z przemytu albo... "z lotniska". Przemycane są zaś wyroby autentyczne, za które opłacono akcyzę w innym kraju, jak i takie niewiadomego pochodzenia... i składu.

Najgorzej jest w Londynie. Tu już 92% ankietowanych przyznało się, że kupują lub kupowali wyroby tytoniowe nieopatrzone akcyzą. W całym kraju to zaś 83%.

I inaczej już nie będzie. Rząd szykuje kolejne podwyżki, jeszcze te zapowiedziane przez konserwatystów. No i ograniczenia wiekowe.

Wydaje się, że na skutek tych praktyk mogą zarobić mniej, choć przecież planowali więcej. A co do zdrowia - owszem, ludzie rzucają nałóg, ale tu raczej nie chodzi o ceny. No bo przecież jakby chcieli taniej, to jest gdzie kupić.



środa, 5 marca 2025

Brak mi energii w UK

 


No i spotkało mnie to, o czym do tej pory tylko słyszałem z mediów. Muszę oszczędać energię. Siedzieć w domu, w warunkach arktycznych, ubrany w ciepłe swetry, spoglądając od czasu do czasu z trwogą na licznik energii elektrycznej. Mieszkam bowiem w UK, w domu wolnostojącym i do tego ogrzewanym elektrycznie. Choć nowoczesnym i dobrze doszczelnionym.


Od lat czytam w prasie o emerytach, którzy w zimie w tym kraju umierają z wyziębienia. Nie stać ich bowiem na to, aby dostatecznie - czy w ogóle - ogrzać swój dom. Często wyposażony w okna z pojedynczą szybą, często nieszczelny, powiktoriański. A emeryturki tu malutkie, zwłaszcza w porównnaiu do wymagań rynku.

Dostawcy energii podnoszą ceny kiedy tylko jest im to dozwolone (co reguluje tzw. price cap). Systematycznie chwalą się znów zwiększonymi przychodami, wiadomo też o wspaniałych wynagrodzeniach, odprawach itp. dla członków ich zarządów. Oczywiście udziałowcy też chcą dostać swoje.

Wszak jak powiedział Milton Friedman, jedynym obowiązkiem biznesu jest zwiększać profit. A jedyną grupą, wobec której przedsiębiorstwo musi czuć się społecznie odpowiedzialne są jego udziałowcy.

No wygląda na to, że trzeba przejść na pozycje socjalistyczne. A zabrać im to. Znacjonalizować. Niech udziałowcami będzie społeczeństwo (nota bene w niektórych branżach odchodzi się od polityki Thatcher - np. miasta z powrotem uspołeczniają komunikację, bo prywaciarze liczą przecież tylko na zysk...).
A wtedy i friedmanowcy będą mogli się cieszyć - no bo przecież firmy będą działać jedynie na rzecz udziałowców. 😉

Pamiętam kiedy w Polsce zachwalano prywatyzację tego sektora. Będzie wiele firm, będzie konkurencja, będą wyższe i niższe ceny, będzie sobie można wybrać. I w domyśle – wyjść na tym lepiej, zaoszczędzić.

A tu i z Polski dochodzą mnie głosy od ludzi, którzy za ogrzewanie zwykłego domu płacą w tysiącach. Jak ich na to stać w kraju nad Wisłą?

Bo na tym rynku panuje zmowa cenowa. Coś tam się niby różni, o ułamek pensa... ale gdzie indziej sobie odbiorą. No bo przecież jedynym ich obowiązkiem jest maksymalizować zyski.

______________________________

"To nie ten Zachód"

Jaka jest naprawdę Wielka Brytania?

Przeżycia imigranta "poakcesyjnego"

Ebay =>

Allegro =>
_______________________________


No więc zmniejszyliśmy na początku ogrzewanie z 18 stopni do 16. Wiele to nie dało. System pracował wytrwale, aby utrzymać choćby te 16 stopni. Więc dalej - zmniejszamy do 15. Wciąż idą dziesiątki kilowatów. Mimo, że dom dobrze doszczelniony, a jeszcze bateria słoneczna na dachu.

No to zmniejszyliśmy tak, żeby niczego nie było. Ogrzewam się w pracy. I w samochodzie. Czekam na prawdziwą wiosnę, lato. Na wczasy w cieple. Zdrowie póki co dopisuje.

I mam malutką satysfakcję, że kiedy dostawcy energii nie potrafią rozsądnie wybrać pomiędzy tym, czy może zarobić więcej czy trochę mniej - ale na pewno - to nie dostaną nic.


Poprzedni post - Ciepło, zimno - tragedia





wtorek, 19 lipca 2022

Ciepło, zimno - tragedia



Ostatnie parę dni ciepła przypomina jako żywo znane sytuacje z przeszłości, kiedy to Anglicy jakiekolwiek inne niż typowe warunki pogodowe opisują niczym klęskę żywiową. Wielu to zauważyło i na internetowych forach przypominają legendarne „5 centymetrów śniegu”. Fakt faktem, to korzystna dla mediów sensacja, ale i tutejsi nie umieją sobie radzić z niczym, co wykracza poza normalną procedurę.


upalna pogoda w UK
Kiedy temperatura na Wyspach ledwo dobiega 30C, na pierwszych kolumnach brytyjskich brukowców pojawiają się tryumfalne tytuły „Mamy cieplej niż w Hiszpanii!” Do tego doklejają zdjęcia tłumu na plaży w Brighton, który wreszcie ściągnął podkoszulki.
Rozumiem, mają temat za darmo; choć dla mnie nijaki i nieprawdziwy. Upalna pogoda w UK była (czy raczej bywała), jest dziś i jeszcze nie raz będzie - ale nie ma co się równać z Hiszpanią.

Kiedy jest ponad 30C zaczynają się ostrzeżenia i rady – jak przetrwać? Jak żyć. Pociągi nie jeżdżą, asfalt się topi, pasy startowe nie do użytku... dramat. 

Inna sprawa, że kiedy pogoda będzie przeciwna i pojawi się malutki mrozik i leciutka pokrywa śnieżna, to – wszyscy wiemy – też będą odoływać loty. Może nawet zamykać szkoły itd.

___________________________

hitowa książka o emigracji.
Wysyłka na cały świat

I na Allegro
___________________________


Człowiek zaczyna się zastanawiać, jak też sobie inni radzą w innych krajach? Grupa zawsze chętnych do usprawiedliwania niedojdów, podpowiada, że nie można porównywać, inne warunki, inna wilgotność, to się inaczej odczuwa, tu się tak nie da, itd.

Eee tam. Czemu nie chcecie dopuścić myśli, że może po prostu sobie nie radzą? Że ten typ tak ma? Że rasistowskie? Gdzie tam, przecież nie mówimy, że mają inne mózgi. Zwyczajnie inaczej zostali wychowani i to przez pokolenia. Jak coś jest nie takie jak procedura zakłada, to klapa. Logicznego myślenia, dedukcji, nie stosuje się w rozwiązywaniu codziennych problemów. Musi być procedura, żeby nawet małpa mogła ją wypełnić punkt po punkcie.

A skrajne warunki pogodowe, które na tych szerokościach geograficznych się zdarzają systematycznie, choć nie na co dzień, procedurze się wymykają.

Co ciekawe, deszcz i woda też nie zawsze są OK – choć powinni być do tego przyzwyczajeni. Ale w porządku jest raczej jak kropi, mży. Jak będzie dobrze lało przez parę dni, to już jest nie brytyjsko i będzia dramat. Wyleje nawet malutka Mersey w Manchesterze, bo nie są na to przygotowani. Wylewa właściwie w tych samych miejscach, systematycznie i nikt z tym nic nie robi. Bo tak nie jest na co dzień, więc jaka procedura miałaby to objąć?

I kto miałby za to zapłacić? Tutaj przecież co chwilę nie ma na coś pieniędzy, w tej 5. gospodarce świata. Nie ma forsy na policję, na straż pożarną, na ludzi do utrzymania czystości na ulicach. Nie mówiąc już o tym, że kto miałby się wykosztować np. na pługi śnieżne albo klimatyzację, używane tylko przez krótki okres w ciągu roku. Council tax jest wciąż podnoszony, ale wciąż trzeba tylko ciąć wydatki.

I jakim cudem, gdzie indziej, w tzw. biedniejszych krajach, jest na to wszystko forsa?

Niejaką kwintesencją tego są pomieszczenia w domach, ale też np. toalety w szkołach czy w biurach, bez kaloryferów. „Bo przecież klimat mamy mild”. Taki jest typowy i po co myśleć, że może być zimniej. „No i skąd na to wziąć pieniądze?


 Poprzedni post o dziwnych objawach kryzysu w UK


piątek, 10 czerwca 2022

Dziwne objawy kryzysu w UK


Nie do końca rozumiem, co się dzieje w tym kraju. I na co to zrzucić, kto jest winny. Nie działają zupełnie różne, nie mające nic ze sobą wspólnego branże. Względnie ich działalność jest poważnie ograniczona. Pandemia praktycznie się zwija, Brexit nie wydaje się mieć z niektórymi z nich wiele wspólnego, inflacja – ma się jak piernik do wiatraka.


Rozumiem co się dzieje na lotniskach. Choć nie rozumiem, dlaczego w takim wymiarze akurat tutaj. Wszędzie był niedawno Covid, wszędzie ograniczano loty – a co za tym idzie ludzie na lotniskach mieli mniej do roboty – ale najgorzej jest po pandemii w Zjednoczonym Królestwie. Konkretnie w Anglii.

Owszem zdarzają się kłopoty i w innych krajach, ale nie w tym wymiarze (bez względu na rozmiar lotnisk). Wyszukiwanie tych problemów lotniskowych gdzie indziej przez chcących polepszyć sobie humor Brytyjczyków wygląda rozpaczliwie.

___________________________


___________________________

Zawaliły chciwe firmy obsługujące porty lotnicze, rząd – nie da się tak po prostu wyłączyć branży na chwilę i później oczekiwać, że wystartuje niczym do sprintu. Oraz dalej dołki kopią pod sobą firmy turystyczne, które sprzedają wczasy, ile wlezie, bez oglądania się na to, czy usługa może zostać zrealizowana.

Ktoś tutaj był – i jest – po prostu bardziej chciwy i głupszy niż gdzie indziej. Powiedzmy sobie szczerze – głupszy.

Miejca są, ale nie ma

Co się zaś dzieje w branży medycznej? Dlaczego, kiedy dzwonię do lekarza, aby zarejestrować się na wizytę, jestem 19-sty w kolejce, choć dzwonię dokładnie w momencie otwarcia rejestracji? Zawsze byłem drugi, trzeci, czwarty... Nic się od tego czasu nie zmieniło. Lekarzy jest w przychodni tylu, ilu było. W naszej miejscowości nie przybyło mieszkańców. Może nawet ubyło. Ba, na przychodni jest wywieszka, że przyjmują zapisy nowych pacjentów. O co więc chodzi?

Wiem już natomiast, czemu od jakiegoś czasu widzę mniej pielęgniarek środowiskowych. Podobnie jest, jak mówią, z pracownikami socjalnymi, opieką społeczną itp. Oni akurat muszą się ruszać. A nie stać ich na benzynę. Jak donosi prasa, niektórzy nawet idą sami na chorobowe, bo nie ma sensu iść do pracy. 

Taksówki niedostępne

problemy w UK
Nie rozumiem co się dzieje z branżą taksówkową. Oto potrzebuję jechać gdzieś w środku dnia (po swoje auto do warsztatu). Autobusu oczywiście w tym kierunku nie ma. Kiedyś był w pobliżu, ale zlikwidowali.

Jak zwykle, chcę więc telefonicznie zamówić transport. Nie da się. Jedna, druga, trzecia firma – nikt nie odbiera. Wreszcie w czwartej ktoś odebrał.

- Czy mogę zamówić taksówkę teraz?
- Nie, nie ma nic dostępnego.
- Za pół godziny?
- Nie, nie ma nic.
- A kiedy będzie?
- Nie wiadomo.

Nie rozumiem. To nie jest żaden czas szkolny, ani końca pracy w biurach, ani nawet piątkowy czy sobotni wieczór. O normalnej porze nie ma taksówek.

Tak przy okazji, to ostatnio powstał też nowy problem dla taksówkarzy i ich klientów na lotniskach. Taryfę do tej pory wzywało się często w jakiś czas po wylądowaniu samolotu. Teraz - nie wiadomo w praktyce, kiedy się z tego lotniska wyjdzie. Zwłaszcza, jak ma się główny bagaż. Ba, nie wiadomo nawet, kiedy otworzą drzwi od samolotu, bo brak ludzi, którzy obsługują schody...
Na kiedy więc wezwać taksówkę? I ile ten kierowca będzie miał czekać? 


Gdzie auta z drugiej ręki?


To też jest dziwne. Kiedyś, wchodząc np. na stronę Autotradera, aby kupić samochód, znajdowałem ich w rejonie swojej miejscowości dziesiątki. W bardzo różnych cenach.
Teraz, nawet ustalając limit cenowy trzy razy wyżej (parę tysięcy funtów) znalazłem ich... kilka. I to te same egzemplarze leżą tam już dłuższy czas.

Co się dzieje? Czyżby stare samochody kosztowały jeszcze więcej? Może ludzie zrobili z samochodów inwestycję, jak kiedyś w PRL-u? Trzymają je "na później", niech urośnie im jeszcze bardziej wartość?
Może być coś na rzeczy, bo w znanych mi komisach auta są już tylko drogie, od 5 tysięcy wzwyż, a inne komisy przestały działać.  

Z brakami w personelu spotkałem się zaś w zupełnie innej branży niż lotniska. W aptece. Byli ludzie - nie ma. A chodzi zaledwie o sprzedawców. Oni w tym kraju nie muszą mieć nic wspólnego z farmacją i mogą być byle kim, bez szkoły.
Trzeba było skrócić godziny otwarcia. 

Co chwilę coś gdzieś nie działa tak, jak działało jeszcze niedawno. Dziś w Tesco zabrakło ziemniaków. Brytyjskich.
Dlaczego? Nie wiem. Nie rozumiem.


Poprzedni post - o powtórnej weryfikacji klientów w Transfergo




 

środa, 11 maja 2022

To będzie proste!

 

Weryfikacja danych i dokumentu w Transfergo


Dostałem ostatnio wezwanie emailem do weryfikacji mojego dokumentu i danych, od firmy Transfergo zajmującej się przesyłem pieniędzy zagranicę. Zapowiedzieli, że będzie to szybkie i proste działanie...


trudna weryfikacja dokumentów dla Transfergo
Transfergo to firma o uznanej pozycji, z której korzystają tysiące osób potrzebujących przetransferować środki finansowe. I ja również jestem ich klientem od wielu lat. Na początku, jak każdy, musiałem zweryfikować swoją tożsamość. Od tej pory się ona nie zmieniła.

Rozumiem, że czasami upływa ważność dokumentów. W tym przypadku nie miało to jednak miejsca. Poza tym, jak się okazało, do ponownej weryfikacji zmuszono i innych. Nie wiadomo po co, nie powiedziano. Bo tak. Ale OK. Załóżmy, że muszą

Kiedy ktoś proponuje jakąś upierdliwą procedurę, aby „mieć porządek w papierach”, bardzo często zapowiada jakie proste i wygodne to będzie. I ja wtedy zaczynam się pocić. Bo jak się już na początku próbują wybielić, tzn. że będą jaja. Nie inaczej było i tym razem.

Wszedłem na swoje konto w Transfergo, gdzie znalazłem ponownie wiadomość, że trzeba się zweryfikować. I że potrzebny będzie smartfon i dokumenty. Te drugie to rozumiem, ale te smartfony to powinni już wpisać do konstytucji, bo bez nich ludzie nie mają prawa funkcjonować w społeczeństwie.

Pierwszym poleceniem było zeskanowanie kodu ze strony przy pomocy owego smartfonu. Co też uczyniłem. Zaczęły się schody...

Wyświetliło się coś – nie wiem, strona, aplikacja - na ekranie co komunikowało na początek, że „jest błąd”. A naprawić go można poprzez kliknięcie na kłódkę „przy adresie strony”, wejście w ustawienia i umożliwienie aplikacji na korzystanie z kamery.

Problem w tym, że przy owym adresie nie było żadnej kłódki. Klikanie na adres nic nie dawało. Pozostawał on całkiem nieruchomy.

___________________________


___________________________

Skontaktowałem się więc z Transfergo przy pomocy czatu. Na komputerze. To udało się dość szybko. Kobieta oczywiście stwierdziła, że bardzo jej przykro, że mam problemy, bla bla bla, ona mi pomoże na pewno i poprosiła, żebym jej przesłał skan obrazu komórki. To stworzyło dodatkowe problemy, bo czat był na komputerze, a komputerem nie umiem robić zdjęcia telefonu – no i kiedy to w końcu obszedłem, to ów skan okazał się niepotrzebny. Nic wszak nie pokazywał. Ale ona pewnie tak miała w procedurze i bez wysłania jej tego ani rusz.

Po wysłaniu jej też ani rusz. Kolejne jej pomysly okazywały się bezsensowne. Typu „zmień wyszukiwarkę na telefonie”. Ale jaką? Na jaką? Ja nie wiem co się otwarło i na co mam zmienić. I jak zmienić, kiedy na telefonie nie mam już miejsca na nowe aplikacje, a co za tym idzie na nowe wyszukiwarki.

Aha, ona jeszcze chciała, abym zainstalował ich aplikację. Wyjaśniłem jednak, że jej prośba jest cokolwiek spóźniona. Znajdujemy się bowiem w takim momencie rozwoju cywilizacji, że wszyscy którzy mogli, już dawno nas poprosili lub zmusili do zainstalowania swoich apek i na kolejne już nie mamy miejsca.

A poza tym to miało być k...a proste!!!

No i zagwozdka. Czat zamilkł. Tzn. ona tam wciąż była. Tyle, że nie wiedziała już co powiedzieć. W końcu jednak znalazłem inną opcję wejścia w struktury ich narzędzia do weryfikacji i zdołałem otworzyć coś, co było chyba skanerem. Skierowałem go na paszport... tzn. spróbowalem. Paszport ma bowiem naturalną tendencję do zamykania się. Trzeba obie strony przytrzymać dwoma rękami. Albo czymś przytrzasnąć... ale wtedy strony nie są widoczne w całości. A jak za mało przytrzaśnięte – to z powrotem wyskakują i dokument się zamyka. Łamał go nie będę, zniszczę, zaczną latać strony (sprawę załatwiło by wsadzenie paszportu do własnego skanera - ale nie można, o czym dalej).

Z komórki można zdjęcie na ogół zrobić jedną ręką. Ale smartfon jest duży, a zdjęcie dokładne, obejmujące dokument co do linijki, nieporuszone (małe literki), jednak trzeba zrobić dwoma rękami. 

_____________________________________

Ucz się angielskiego i nie tylko
Z domu. Z najlepszymi.
Albo sam nauczaj!
_____________________________________

Zapytałem więc: - Trzymam paszport na stole dwoma rękami. Którymi rękami mam trzymać komórkę?Milczenie... - Może będziesz potrzebował drugiej osoby...

skanowanie dokumentu telefonem

- Jak to?! To miało być proste! Nie mam tu żadnych ludzi.

Wreszcie po kilku próbach udało mi się złapać niezamazane (ten skaner jest dziadowskiej jakości) zdjęcie paszportu przed jego samozamknięciem.

Aha, proponowałem jeszcze, że prześlę skan paszportu z komputera (gdzie został umieszczony przy pomocy mojego skanera – w nim można dokument zamknąć i pozostaje on otwarty).
Nie, to niedopuszczalne. Dlaczego? - Bo to musi być oryginalny dokument – powiedziała pani.
- Ale dlaczego ten zeskanowany jednym urządzeniem wydaje wam się oryginalny, a drugim już nie? - zapytałem.
- Bo takie mamy procedury.

Proste? Proste!


Uprzednio - o zawiłościach brytyjskiego czasu pracy





niedziela, 8 maja 2022

Czas pracy i wypoczynku po angielsku



Ile lat tu nie mieszkam, nie mogę przywyknąć do brytyjskiego pojęcia czasu pracy. Z jednej strony szeroko komentowane pomysły na czterodniowy – z drugiej całe dni zajęte pracą i jednocześnie niemożność korzystania z usług. Bo one już nie działają, kiedy kończymy własną pracę. Do tego bardzo skrajne podejścia do obecności w robocie.


No niby wszystko wygląda dobrze i tak liberalnie. Na zewnątrz, poza tym krajem, wydaje się, że tak tu ludzko. „Oni teraz mają strajk. Bo oni mają za ciemno w pracy” - to hasło z „Misia” dla wielu było wynacznikiem tego jak tu fajnie. I jak bardzo szanuje się prawa pracownika. A jak jest naprawdę?

Rzeczywiście, tam gdzie panują potężne związki zawodowe, pracodawcy muszą niejednokrotnie im ulegać, po prostu szanować ich dyktat. I te sytuacje wychodzą na czołówki gazet. Ale na co dzień nie znam wielu takich miejsc.

___________________________


___________________________

Poza tym, wydaje mi się, że wciąż unosi się tutaj duch XIX-wiecznego kapitalizmu, i gdzieś daje o sobie znać utajone przeświadczenie, że człowiek ma pracy poświęcić cały swój dzień. Że ona jest główną treścią jego życia. Poza tym, może się iść napić do pubu.

brytyjski czas pracy
Czy też u podstaw organizacji czasu pracy i dnia w tygodniu leży idea, aby się wyspać? Wątpię. No bo tutaj tak wiele zaczyna się o g. 9. Pracują do 17.30 (8 godzin plus niepłatna przerwa, czy jakoś tak). W domu są np. o g. 18.30. Obiad, browar i do spania.

Pamiętam swoją rodzinę w Polsce wracającą „z roboty”, gdzieś o czwartej po południu, a nawet o trzeciej. Po posiłku był jeszcze czas na wiele. Na niejedną czynność. Zakupy, odwiedziny u kogoś, dziennik, film – wcale nie o 12 w nocy, itd.

Tak, wiem, że teraz też i w PL niektórzy hakują w jakimś korpo jak dzikie osły, ale to chyba jakieś wynaturzenie z Zachodu. Gdzie ten czterodniowy dzień pracy, o którym tyle się mówi?

Bank dla ciebie nieczynny

Jednocześnie ten czas po angielsku powoduje inne problemy. Bo kiedy kończą tę robotę po 17, to kończy większość. Bank też już zamknięty. Poczta też i znaczna część aptek. Na moim deptaku zamykają się sklepy, a nawet punkt dorabiania kluczy i szewc. Pozostaje Tesco i to, co kątem przy nim.

Tak więc - kiedy ja będę mógł iść do banku (bo przecież nie wszystko da się załatwić online)? Jak będę miał wakacje. W soboty też przestali pracować... („mieli za ciemno w pracy”?). Do apteki przepisałem się tej, co to w hipermarkecie. A byłem w tej przy przychodni. Aha, no lekarz też nie działa, zamknął się o 17. Kartki na święta wysyłam w sobotę, stojąc w niezłej kolejce takich jak ja, co to normalnie pracują wtedy, kiedy pracuje poczta.

Ja jestem unwell

Czyli jednak mają szacunek dla prawa do czasu wolnego? No niby. Przecież w każdym miejscu, w którym pracowałem, co chwilę ktoś dzwonił, że on jest „unwell” („źle się czuje”, bez rozwijania tematu) i nie może dziś przyjść. Albo wręcz, że on „is not like into work today”. I to działało. Genialne.

Ale czy jest aż tak dobrze? Z drugiej strony bowiem spotkałem spore grono niebezpiecznych szaleńców, którzy w ogóle nie idą na chorobowe. Nie, nie żeby nawet byli tak żelaznego zdrowia. Otóż przylezą nawet charkając i kaszląc. Ale nie biorą chorobowego i już. Poza tym „oni wtedy nie płacą” - tłumaczą mi postawę rozlicznych pracodawców., którzy w tym kraju do czterech dni chorobowego nie płacą nic, a powyżej – marne 25% Statutory Sick Pay.

No tak, ale w ten sposób, to ci chorzy w pracy zarażają innych, „grają na czas” - starając się po prostu przetrwać – i demoralizują tych pracodawców, którzy przyzwyczają się do takich stachanowców.

Jak również do tych, którzy szanują ich koncepcje, aby np. nie brać urlopów dłuższych niż 10 dni lub abyś sobie wziął takowy w listopadzie, bo w lecie inni też chcą jechać. Albo, że... przecież nie musisz co roku jeździć na wakacje, pojedziesz w następnym.

A ja w listopadzie to mogę z dziećmi do d... na raki pojechać, zaś tygodniowe wakacje, to ja sobie proponuję w buty wsadzić. Udowodniono, że człowiek odpoczywa od pracy prawdziwie po 3 tygodniach. Brak wakacji nie wchodzi w rachubę, nie żyję dla pracy.

Tak więc jak tu jest naprawdę? Pracodawcy czują się może nawet bardziej panami, ale... od 9 do 17.30.


Poprzednio pisaliśmy o kolejkach w Manchester Airport



piątek, 25 marca 2022

To jest rynek pracownika

Kolejki w Manchester Airport


Manchester Airport już przed przerwą wielkanocną oferuje podróżnym dłuższe niż zwykle kolejki. Powód? Zbyt mała liczba personelu, przede wszystkim w dziale "Security". Płace wyższe od minimalnej o jakieś 2-3 funty nie zachęcają wystarczająco, a ci którzy się jednak zdecydowali, muszą trochę się pouczyć. A gdzie są ci, którzy tu kiedy pracowali? Zwolniono ich podczas pandemii. Podobne problemy mają inne lotniska, np. Heathrow.


Manchester Airport kolejki
Alarmistyczne wieści plyną z prasy, radia i z mediów społecznościowych – lotniska i tych, którzy doświadczyli kilkugodzinnych kolejek do odprawy. Musi być naprawdę źle, bo takie wieści słyszy się codziennie. Tak więc jeżeli gdzieś lecicie z tego i nie tylko z tego lotniska – bądźcie tam przynajmniej 3 godziny przed odlotem! Może, MOŻE, wystarczy...

Podobna sytuacja może być i na innych lotniskach, zwłaszcza przed Wielkanocą, ale tu jest najwyraźniej najgorzej. Niemniej niedawno donosili z londyńskiego Heathrow o kilkusetmetrowych kolejkach do Immigration Control.


Będzie lepiej? Nie, a na pewno nie za szybko! Kolejki na Manchester Airport mają potrwać w optymistycznej wersji kilka tygodni. Jednak przedstawiciel lokalnych związków zawodowych cytowany w BBC Manchester Radio ma obawy nawet o lato. Stwierdził, że na lotnisku nic nie zrobiono, aby przygotować się do sezonu.

___________________________


___________________________

Jaki jest powód braków personelu na manchesterskim lotnisku? Tak, zgadza się, Covid-19. Tzn. nikt dokładnie nie określił czy tylu pracowników lotniska poumierało, czy tak im się spodobało na chorobowym, że postanowili nie wracać do roboty, do której muszą wstawać np. o 3 nad ranem, czy co... Wiadomo za to, że niektórzy z tych, których zwolniono kiedy nie było lotów, poznajdowali sobie inne zajęcia.
W każdym bądź razie ich nie ma i już.

Co więc trzeba zrobić? Zatrudnić nowych, to oczywiste. I ogłoszeń o pracy na lotnisku w Manchesterze jest mnóstwo. Oferują one zajęcia na różnych stanowiskach i stosunkowo dobrą płacę. Niestety, najwyraźniej niewystarczająco dobrą. 12-13 funtów na godzinę za robotę o pogańskiej porze, na nogach non-stop – to za mało. Trochę osób dało się skusić, ale tych trzeba wyszkolić. No i ilu z nich zostanie?

Trzeba by więc dać 15 funtów – tak na moje wyczucie. A za 16/h mieliby kolejkę chętnych. Niestety, władcy lotniska żyłują. Owszem, w trakcie pandemii odnotowali straty. Ale zbliża się czas żniw. Naród chce znów latać na potęgę. Do lockdownu tymczasem liczba pasażerów rosła. Zwiększono wpływy za parkingi itd.

_____________________________________

Ucz się angielskiego i nie tylko
Z domu. Z najlepszymi.
Albo sam nauczaj!
_____________________________________

Pasowałoby pogodzić się więc z tym, że personel będzie miał większy udział w dzieleniu łupów. Inaczej się nie da. Tym bardziej, że koszty życia poważnie wzrosły. Jak i koszty tego, że pracuje się na lotnisku. Tam trzeba dojechać do pracy, często z daleka – ta zabawa jest więc też coraz droższa. Ktoś musi za to zapłacić. Pracownicy? Nieee.... po co mają to robić, jak mogą zatrudnić się bliżej domu. Niby za trochę mniej, ale na taką robotę mniej wydadzą, a się wyśpią i w ogóle unikną wielu ceregieli.

To lotnisko musi się ugiąć przed kandydatami, a nie na odwrót. To się nazywa rynek pracownika.


Poprzedni post  "Na chwilę do kolorowego świata"


 

piątek, 11 lutego 2022

Na chwilę do kolorowego świata

 To nie ten Zachód co w... „Teorii” 

Nie pamiętam kiedy zacząłem oglądać ten serial. Ale wiem czemu oglądam „Teorię wielkiego podrywu” znów. Zrozumiałem to. Potrzebuję przeniesienia do innego świata. Jasnego, kolorowego, ciepłego i bezpiecznego. Nie wiem, czy taki istnieje. A na pewno nie jest to ten, co w tej książce.

Serial ma już grubo ponad dwie dekady. Ja zaczałem oglądać go z pewnym opóźnieniem - z reguły bowiem nie oglądam seriali. W tym wieku.

Wszak nikt nie zrobił jeszcze kolejnej „Stawki większej niż życie” (było „Siedemnaście mgnień wiosny”, no ale jak wyszło to wiemy...). Nikt nie zrobił czegoś takiego jak „Alternatywy 4”. Takich rzeczy już nikt nie umie.

_____________________________________

Ucz się angielskiego i nie tylko
Z domu. Z najlepszymi.
Albo sam nauczaj!
_____________________________________


Amerykanie mają zupełnie inny typ seriali. I owszem - „Dwóch i pół”, „Różowe lata 70-te” itd. Nienajgorsze. Tyle, że „Teoria” jest z nich najśmieszniejsza, najlepsza, najbardziej... naukowa – każdy z bohaterów ma swój własny typ humoru, bardzo określone cechy.

Ale oprócz tego jest coś, co mnie szczególnie porusza, szczególnie tu gdzie jestem. Jasność. Kolory. Ciepło. Kalifornia.

I jeszcze większa dawka optymizmu, niż w innych, wyżej wymienionych, serialach. Bo w „Two and Half Men” jest trochę podobnie, ale przecież... mamy tam tak naprawdę dwóch przegrywów.
W „Teorii” każdy skończy dobrze. Wcześniej czy później. To amerykański sen przedstawiony inaczej.

„The Big Bang Theory” umożliwia mi przeniesienie się do lepszego świata. Jak powiedziałem - jasnego, kolorowego, ciepłego i bezpiecznego.
Na pewno nie takiego jak ten tutaj:

"To nie ten Zachód" - historia z UK

Na Ebay


książka o emigracji


Poprzedni post "Pójdę sobie na covidowe"





   

piątek, 14 stycznia 2022

Pójdę sobie na covidowe

 Raport z zadżumionej wyspy cz. XI czyli bo mamy covida


Wciąż panująca pandemia okazuje się znakomitym atutem dla wszelkiej maści nierobów, zmęczonych życiem lub choćby weekendem i dla kogo popadnie. Co rusz napotykamy na coś nie działającego, kogoś niepracującego - „bo covid”.


usprawiedliwienie covidem
Celowo piszę ten wyraz małą literą, jako że uważam, że wszedł on już do życia codziennego i słownika na zasadzie standardowej wymówki. Fakt, czasami uzasadnionej. Coś jak „mam kaca”. A to piszemy przecież mała literą.

I tak, rzeczywiście ktoś może chorować na Covid-19. I pewne przestoje spowodowane covidem są zrozumiałe.
Problem w tym, kiedy błyskawicznie zdrowieje - bo już się pozbierał z barłogu albo stwierdził, że jednak coś porobi - lub też nie działa nie dlatego, że zachorował; ale że może zachorować. Albo że ktoś inny może zachorować. Fakt - ktoś, gdzieś, zawsze może.

Lekarze podczas pandemii

Zacznijmy od medyków, bo to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów na takie myślenie. Nie od dziś i nie tylko w UK lekarze „nie-covidowi” starają się trzymać z dala od pacjentów. Jakby się nagle obudzili, że to taka praca - trzeba spotykać chorych. A chorzy, no cóż, przenoszą choroby. Chodzi tutaj chyba o to, że mogą przenosić „nie takie choroby, na jakie żeśmy się umawiali”. Bo oni mają leczyć go na serce, a tutaj się okazuje, że on ma jeszcze coś...

A ta przysięga Hipokratesa, to taka tradycja, bardziej dla ozdoby, zresztą od dawna to wiadomo. 

Takie czasy, że ludzie idą do pewnej roboty, ale zakładając, że nie trzeba będzie przyjmować jej wszelkich konsekwencji.

Śmieciarze też chorzy(?) na covid

Tak, i oni potrafią twórczo korzystać z pandemii. Przynajmniej na to wygląda. Oto tuż po Nowym Roku ci nasi nie zabrali śmieci. Nic nie mówili czemu ich nie ma. Dopiero po szeregu skarg od mieszkańców, na stronie urzędu miasta wyjawiono, że dopadł ich covid. No tak, covid... w poniedziałek...

Na szczęście się chłopy szybko pozbierali i już na koniec tygodnia byli zdrowi. Opróżnili kubły w sobotę.
Nie, nie żebym pierwszy rzucał w nich kamieniem... sam przecież nie bywałem w pracy w poniedziałek. No i stąd właśnie, w ten poniedziałkowy covid tak trudno mi uwierzyć.

I komu to jeszcze pasuje

Coś jak moja koleżanka z pracy (nie ujawnię jakiej), która pojechała na narty, potem covid(?), dociągnęła do końca następnego tygodnia na chorobowym i pojawiła się wesolutka w robocie.

Druga koleżanka chce zaś zmienić pracę. Złożyła więc w tym celu aplikację. Niestety, jej rozpatrzenie opóźniło się. Czemu? Covid. Ktoś jest chory? Niekoniecznie – ale przecież jest covid.

___________________________


___________________________

Natomiast mój bank jest z powodu covidu zamknięty w soboty. I to mnie zastanawia. Ktoś choruje tylko w soboty? A może chodzi o to, że w ten sposób, zamykajac się na jeden z sześciu dni, zmniejszamy prawdopodobieństwo zarażenia o 1/6?

Nie mogłem się skontaktować równiez z Virgin. Dostawca mojego internetu usprawiedliwia się przez automatyczną sekretarkę, że ma okropnie dużo roboty, ze względu na covid...

PS. Jak znacie jeszcze jakieś inne ciekawe przypadki tych, którzy nagle zapadli na „covid”, dajcie znać pod tym postem, pośmiejemy się razem.


Poprzedni post - najnowsza książka o emigracji "To nie ten Zachód"



 


wtorek, 16 listopada 2021

To nie ten Zachód

NOWA KSIĄŻKA O EMIGRACJI



Ciekawa pozycja książkowa - z potencjałem na hit - pojawiła się ostatnio na polskim rynku wydawniczym. Dotyczy ona tematyki bliskej emigrantom, ale ciekawej chyba dla każdego. Przeżycia i refleksje dawnego krakowskiego dziennikarza osiadłego w okolicach Manchesteru podane są w sposób zabawny, okraszone sarkazmem, ale i refleksją. Wszystko to szczere i niespecjalnie zważające na poprawność polityczną.

To nie ten Zachód - książka o emigracji

Ta książka o emigracji jest w pewnym sensie opowieścią w typie reporterskim, ale też felietonowym, jako że autor nie stroni od własnych, subiektywnych opinii. Ba, już tytuł sugeruje, że wyrażany jest tu pewien pogląd.

Bohater książki zjawił się w Wielkiej Brytanii wraz z falą emigracji poakcesyjnej w 2004 roku. Doznał wtedy pewnego szoku poznawczego... obraz kraju bowiem odbiegał znacznie od tego, jakie miał wcześniej na ten temat wyobrażenia.

Te zaś powstały nie tylko na podstawie tego, co wcześniej widział w filmach, czy w przekazach medialnych; ale także dzięki podróżom do innych krajów zachodnich. Cóż, ten akurat okazał się specyficzny...

I wciąż się taki dla niego okazuje. Niektóre zwyczaje lub organizacja życia codziennego są wprost męczące. Z drugiej strony dostrzega wiele cech pozytywnych, zwłaszcza jeżeli chodzi o sprawy urzędowe lub gospodarcze. A przynajniej tak było w latach, w których tu przyjechał.

Wielka Brytania dała mu też dużą szansę na rozwój osobisty, której pewnie by nie miał w kraju rodzinnym. I to mimo wykształcenia i rozlicznych kontaktów. W Polsce nabył jednak zdolności organizacyjne, które przełożone na grunt brytyjski pozwalają mu się tutaj sprawnie zadomowić.

Tak więc rozlicza się ze Zjednoczonym Królestwem zgodnie z prawdą. Dostrzega plusy i minusy. Nie ma przy tym zbytnio litości, nie przejmuje się konwenansami. Jak i w codziennym życiu w tym kraju - jak trzeba, to pali za sobą mosty i idzie dalej.

Owa książka o emigracji jest przy tym sympatyczną opowieścią, napisaną językiem luźnym, z dużą dozą humoru. Pojawiają się tutaj też akcenty historyczne, sportowe - widać wiedzę piszącego. Podaną często tak, jakby nie posługiwał się materiałami źródłowymi, ale snuł opowieść, z tego, co już miał w głowie.
W opisach zajmuje się krajem, miastem - mieszka bowiem w okolicach Manchesteru - jego mieszkańcami i środowiskiem starej i nowej polskiej emigracji. Na obczyźnie hołduje polskim zwyczajom, ale bynajmniej nie zamyka się w polonijnej skorupie. Dzięki życiu w Zjednoczonym Królestwie, wypuszcza się zaś na Europę i świat, odwiedzając m.in. dawne brytyjskie kolonie.

Opowieść emigranta kończy się jakiś czas po Brexicie, z krótkim odwołaniem do sytuacji w „Starym Kraju”. Kończy się jakby w pewnym zawieszeniu. Tak, że można się zacząć zastanawiać - co dalej?


„To nie ten Zachód”, Jacek Przybyło – do nabycia na Allegro i na Ebay

Poprzednio pisaliśmy o rynku nieruchomości w UK

sobota, 6 listopada 2021

Kiedy balon pęknie

Brytyjski rynek nieruchomości


Ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii rosną – kryzys nie kryzys, pandemia nie pandemia. Rosną, bo na tym bazuje system. Mocniej niż gdzie indziej. Ale czy nie wszystko kiedyś się kończy?


brytyjski rynek nieruchomości
Na polonijnych forach internetowych co rusz czytam, że ktoś tam już szykował się na jakiś dom, ale przyszli inni, którzy podbili cenę i wzięli chatę. Już było drogo, a oni dali jeszcze więcej. Popyt jest, więc będzie drożało.

Ale... u mnie na ulicy stoi dom, który właściciele wystawili za 480 tysięcy funtów. 2-bedroomowy, czyli w tym przypadku cztery pokoje (bo jeszcze dwa reception roomy na dole, niewielkie). Kuchnia malutka, piwnica ze żwirkiem na glebie zamiast podłogi.

Rzecz w tym, że wystawili go już dawno temu. A ulica dość poważana. Mieszka tu nawet gwiazda „Coronation Street”. Nie było jednak chętnych, więc obniżyli cenę o 20 tysięcy. Ale dalej stoi. Już drugi rok.

A więc gdzieś jest granica. I w tym nadzieja tych, którzy potrzebują domów, aby mieszkać. Co za fanaberia, nie? Mieć dom do mieszkania.

No bo obecnie, zwłaszcza w tym kraju, dom to taki rodzaj złota, czy innej inwestycji. Jacyś ludzie mieszkają w nim przy okazji. Ale tak naprawdę chodzi o to, aby w nieskończoność nam rosło. Tzn. „nam wszystkim”:  kupujemy, dorzucamy parę groszy od siebie, sprzedajemy; następny robi to samo – i tak w kółko.Ten sam towar, za coraz więcej. Bo to przecież towar. A nie jest to nawet wino, ani whisky w dębowych beczkach, które coraz lepsze. Raczej coraz gorsze.

A jednak mamy perpetum mobile. Przelewanie z pustego w próżne. Bo inaczej wszystko p...e. Cały brytyjski rynek nieruchomości. A za nim - cały system.

I państwo też robi wszystko, aby dawna podstawowa funkcja domu, czyli mieszkanie w nim – cel, dla którego go budowano – pozostała na dalszym planie. Bo w nieruchomości inwestują wszyscy: osoby prywatne, banki, sprzedawcy obietnic (firmy ubezpieczeniowe), itd. Zresztą w co by mieli innego inwestować? W kaczki? Produkcji za dużo nie ma, chyba żeby ładować forsę w coś zagranicą. Usługi – to właśnie mówienie w co inwestować (że np. w nieruchomości).  

Dla opisujących ten stan ekonomistów to prawidłowe. Jednak jestem ciekaw, jaki widzą dalszy rozwój sytuacji. Która jednak się pogarsza. Grupy społeczne, które dawniej było stać na zakup domu, obecnie tracą taką możliwość. Cena bowiem nie rośnie o inflację, ale np. na przestrzeni półwiecza urosła kilkakrotnie. Mój znajomy kupił chatę ok. 1970 roku za czterokrotność wypłaty rocznej. Takiej normalnej. Teraz to mrzonka. Trzeba np. 15 rocznych wypłat, aby kupić w miarę lokum (nie mówię o ruderze 2 plus 2 w przerażającej dzielnicy).

A przecież sytuacja wciąż się rozwija i będzie jeszcze drożej. Wciąż drożej. Co wtedy, kiedy tego wszystkiego nie będzie miał kto kupić? Jak zachowa się wtedy brytyjski rynek nieruchomości?

Kupuję pop corn, siadam i czekam na rozwój sytuacji. Musi być ciekawie.

PS. Dom, który oryginalnie był za 480 wreszcie poszedł. Za 408. Czyli jest granica.


Poprzedni post - Raport z zadżumionej wyspy cz. X czyli zabawa w kotka i myszkę 


     

wtorek, 3 sierpnia 2021

Raport z zadżumionej wyspy cz. X czyli zabawa w kotka i myszkę


Rząd brytyjski, jak każdy, „chroni” swoich obywateli przed następstwami koronawirusa za pomocą szeregu restrykcji. Problem w tym, że strasznie przy tym kombinuje i bawi się z poddanymi JKMości w kotka i myszkę. Możecie - nie możecie, róbcie – nie róbcie, tak - ale nie... Chaotyczne i niespójne działania powodują szkody, a nawet dramaty.


obostrzenia lotniskach wywołują kilometrowe kolejki
Tę niekonsekwencję, chaos, niejasność widać już od początku. Żarty nt. Borisa Johnsona, który zapraszał, aby chodzić do pracy, ale lepiej nie - to już twórczość archiwalna. Sensacje nt. oficjeli stojących za obostrzeniami, którzy później sami je łamali, to też materiał z zeszłego roku.

Teraz z kolei powrócił ze zdwojoną siłą temat wakacji, czy też raczej możliwości podróżowania. Ludzie mają dość siedzenia w deszczowej Angli tudzież posiadają gdzieś dalej rodziny, domy itd. Taki dzisiaj jest świat. Nie mogą ich po prostu porzucić np. na rok.

Jakiś czas temu rząd JKMości wprowadził tzw. system sygnalizacji świetlnej, mający informować o stanie epidemiologicznym w danym kraju i związanych z tym obostrzeniami w podróży. W zeszłym miesiącu ogłoszono, że podwójnie zaszczepieni mogą podróżować do krajów „amber” bez konieczności odbywania kwarantanny po powrocie.

Tysiące ruszyły do komputerów i do biur podróży, aby rezerwować wczasy, aby wreszcie zobaczyć się z rodziną albo doglądnąć swój dom w innym kraju (i nie dotyczy to tylko imigrantów, ale i Brytyjczyków). Miliony funtów zapłacono za bilety, kwaterunek i drogie testy dla całych rodzin.

Zapowiedziano nawet ułatwienia na lotniskach. No bo jak na razie na lotniskach też chaos: nadgorliwcy trzymają ludzi w kilometrowych kolejkach, w efekcie samoloty tych, którzy przybyli na odprawę trzy godziny wcześniej odlatują bez nich (co ciekawe, z reguły jest to samolot „Ryanaira” - dlaczego nikt z tym nic nie robi?).

Tymczasem później wprowadzono na powrót kwarantannę dla powracających z Francji. Teraz dość systematycznie z kół rządowych dochodzą pogłoski lub nawet oficjalne wypowiedzi nt. wznowienia  kwarantanny dla przyjeżdżających z Hiszpanii. To tam, gdzie normalnie wypoczywają lub mieszkają setki tysięcy Brytyjczyków.

I to jest znów ten schemat: wprowadzimy, nie wiadomo czy wprowadzimy, Hiszpania uniknie kwarantanny, bo się polepsza, a może jednak wprowadzimy, a może nie, a może zrobimy coś z Grecją ... - i tak w koło macieju.

Poprzednimi krokami na spory wydatek naciągnięto mnóstwo ludzi. Zrobiono nadzieję dzieciom na normalne wakacje. Potencjalni podróżni poczynili rozmaite przygotowania logistyczne i dotyczące tego, co mają robić zagranicą. Bo jadą nie tylko na wypoczynek, ale np. pozałatwaić różne sprawy, rodzinne, majątkowe, osobiste, których nazbierało się trochę przez czas lockdownu.

O tym jednak się nie dyskutuje. Oficjalne czynniki nie mogą, bo się wyłożą. To typowe dla instytucji w ogóle, ale tutaj szczególnie. „O indywidualnych przypadkach nie dyskutujemy”. Co z tego, że tych „indywidualnych przypadków” są tysiące. Nie i już.

No bo w takim przypadku można by polec w dyskusji, a ten kto dyskusję przegrywa, to po prostu nie ma racji. A rząd, instytucja, „authority” musi mieć rację.

„Trzeba tak zrobić, żeby tej krytyki nie było”. To tak jak w tym filmie. Krytyki/dyskusji nie ma, bo ją knebulejmy i trzeba procedować dalej.


Więcej w cyklu o pandemii w UK

Poprzedni post - o naszej "reprze" i kształceniu futbolistów



środa, 9 czerwca 2021

Upośledzeni z ligi upośledzonej

I znów wstyd się pokazać w pracy po meczu Polaków. Tak angielscy koledzy, jak i my, spodziewamy się „za każdym razem, że tym razem” będzie lepiej, jak chodzi o grę i wynik „mighty Poland”. Nie jest. Co jest grane? Trochę już wiem na ten temat.


reprezentacja Polski
No bo lepiej być powinno. Parę milionów euro ten zespół jest wart. Ma rzekomo najlepszego napastnika świata. Wielu innych grających w rzetelnych, co najmniej, klubach. Nawet ci z drugiej ligi angielskiej to jest coś - bo Championship jest silniejsza niż większość pierwszych lig Europy i  świata.

Nie żeby grali w lepszych klubach niż tacy Niemcy, Włosi, Francuzi czy Hiszpanie. Ale przecież na pewno skład wygląda pod tym względem lepiej od europejskich średniaków, nie mówiąc o tzw. słabeuszach. Tamci jak mają jednego, który gdzieś tam pokazuje się w jakiejś ekipie z Włoch, to wszystko. Ale my mamy z nimi potężne problemy na boisku.

Nie gramy do przodu (z reguły), nie wychodzimy do piłki, jesteśmy wolniejsi, jeżeli agresywniejsi to często prymitywnie (sędzia już nie reaguje na Krychowiaka wymuszającego faule). Wydaje się często jakby rywali było więcej.

I nie ma znaczenia jakiego mamy trenera. Jest tak prawie zawsze. Zawodnicy, którzy grają na Zachodzie Europy, kiedy spotykają się na kadrze, wyglądają jakby cofnęli się do ligi polskiej. Mentalnie i fizycznie.

____________________________
Jednorazowo £29.99
Podłącz do TV Firestick
____________________________

Oni bowiem moim zdaniem wciąż różnią się diamietralnie od swoich kolegów z Zachodu. Trafiają tam często „na farcie”. Seria dobrych występów w lidze polskiej nie powinna przecież mieć dla osób kwalifikujących graczy specjalnego znaczenia. Liga polska jest inna. Upośledzona ruchowo, technicznie i mentalnie (wolicjonalnie).

Ale to nie jest tylko jej wina.

Idę właśnie do pracy. W angielskiej szkole. Mam pod opieką chłopców od 7 do 11 lat. Podczas przerwy będą grali w futbol. Na pewno. Za każdym razem. Małą, gumową piłką, aby nie powybijać okien itd. (normalną dostaną na wuefie, pod opieką nauczyciela - a właściwie dwóch nauczycieli).

I znów zobaczę, co oni potrafią. Nie, młodych Messich nie za bardzo. Ale praktycznie wszyscy ze starszych roczników będą umieli, przyjąć, podać i bardzo prawidłowo kopnąć na bramkę. Najczęściej z obu nóg. Do tego pokrywać przestrzenie na boisku.

Idąc do klubu uczą się dalej, ale podstawy mają już. Bardzo dobrze opanowane.

Pamiętam naszą grę w podstawówce. Wtedy tego nie rozumiałem, ale o ile sobie przypominam, to większość nie umiała poprawnie złożyć się do strzału. Przyjęcia bywały rozpaczliwe, jak popadnie. Za piłką biegaliśmy w tym wieku bezładnie, chmarą. Niektórzy się oczywiście wybijali, bo „mieli dryg” albo nadrabiali ambicją.

A wuefista? Rzucał nam piłkę. Nie pamiętam żadnych konkretnych zajęć, żadnego tłumaczenia: na czym polega przyjęcie, jak powinno być ułożone ciało w trakcie kopnięcia i dlaczego, jak rozstawić się na boisku. Nic.
Mieliśmy za to zjęcia z musztry. Dobry byłem.

Ci ciekawe, moja brytyjska szkoła nie ma boiska z prawdziwego zdarzenia, ale duży, trawiasty plac (rozstawiają na nim co potrzeba). Nie ma sali gimnastycznej, tylko aulę/stołówkę.
No ale ma know-how; nauczycieli, którzy nie siedzą „w kantorku” i prosty program nauki podstaw futbolu (i paru innych sportów). I nauczycieli, którzy uczą praktycznie i tłumaczą.

Aha, termin „Mighty Poland” („potężna Polska”) to nie mój wymysł. Usłyszałem to tutaj - i to bez sarkazmu. Tak im się wydaje. Znają historię, znają obecnych zawodników. I pewnie sami zachodzą w głowę, co jest z tą Polską... 


PS. Abstrahując od piłki, to nie żebym uważał, że ta brytyjska szkoła taka cudowna. W wielu elementach ustępuje naszej; a uczniów z niektórych szkół, klas, dzielnic dobrze byłoby w całości przenieść do instytucji poprawczych.


Poprzednio było o tym jak kupuje się w brytyjskich aptekach



  

piątek, 28 maja 2021

Jak kij w mrowisko

 

Z reguły chwalę brytyjski sposób załatwiania spraw. Szybko, bez chodzenia, przyjemnie. Niestety, np. do apteki iść trzeba samemu... a przynajmniej wypada, kiedy człowiek jeszcze w formie. A tu działają zgoła inaczej, niż w systemie, w którym się człowiek wychował.


procedura w brytyjskiej aptece
A ten system to był taki, że przynosiłem receptę do apteki, a farmaceutka sprawdzała co na niej napisano, brała lek z półki i podawała mi go, mówiąc ile się należy. Normalne, nie?

No nie, w UK to nie jest normalne. W taki archaiczny sposób brak byłoby nadania  temu aury poważnego przedsięwzięcia i obarczenia ociężałą procedurą. Tj. ciągiem zbędnych, bezsensownych dla klienta czynności.


Otóż, kiedy przynoszę receptę do brytyjskiej apteki, biorą druk i każą mi czekać co najmniej 10 minut. To w tej lokalnej, bo w szpitalnej każą czekać 40 minut.
Wtedy osoba, która wzięła receptę albo inna, za kolejnym kontuarem, której przekazano mój kwitek, rozpoczyna krzątaninę. Albo kontynuuje krzątaninę na rzecz wcześniejszych recept. Dla mojej rozpocznie się krzątać później. Pozostali jej koledzy i koleżanki krzątają się podobnie - pomiędzy półkami, ladą, komputerem i czymś tam jeszcze. Jak mrówki. Albo mogą gdzieś wyjść, nie wiem - do kibla? Sporo czasu spędzają też wpatrzeni w ekran komputera tudzież zawzięcie coś tam stukając. Podejście do półki i wzięcie „dragów” to zaledwie ułamek tej tytanicznej pracy.

W trakcie krzątaniny następuje m.in. zaopatrzenie się w torebkę papierową lub foliową, do której wędrują moje lekarstwa, wydrukowanie etykietek z moimi danymi, które trafiają na torebkę oraz na pudełeczka z lekarstwami. Nie wiem, czemu po prostu nie mogą mi dać pudełka bez torebki i bez etykietek?

Wreszcie! Jest! Idą do mnie! Mam!

____________________________
Jednorazowo £29.99
Podłącz do TV Firestick
____________________________

Ale to pół biedy. Cała procedura może zacząć się już wcześniej - na etapie zamówienia recepty ponownej na systematycznie przyjmowane medykamenty, tzw. repeated prescription - i trwać dlużej. Dziwne, nie? Zamawiasz wcześniej, po to aby dostać nie wcześniej, tylko później.

Otóż składam zamówienie na kolejną receptę w przychodni. Mogę emailem, żeby było „szybciej” (tzn. żebym nie musiał iść tam osobiście). Tutaj „przeprocedowanie” zamówienia zajmuje im jakieś dwa dni. No bo lekarz musi ponownie zatwierdzić.

Przesyłają email do apteki. A w aptece procedura odczytania emaila, stworzenia paczki z lekiem i wpisania tego w system, też zajmuje im dwa dni... przynajmniej.
A jak jest weekend po drodze? Czekam sześć dni. Można paść.


Poprzedni post - o właściwych imigrantach


PS. Przepisałem się do innej apteki. Miała być szybsza... i chwilę była. Ale teraz brak im ludzi. Jak na lotniskach. Zamykają się wcześniej. A że przychodnia dalej cierpi z powodu pandemiii i zapomina o zamówionych receptach, to wszystko razem - działa jak działa.

Aha, występuje jeszcze czasami manufacturing issue - nie, raczej nie popsuła się taśma w fabryce leków. Podejrzewam, że to pobrexitowe problemy z dostawami leków. 



sobota, 22 maja 2021

Imigranci za dobrzy

Czyli - skąd niechęć do imigracji z Europy

Dziwić może fakt, że wielu Brytyjczyków wciąż niechętnych jest mieszkającym nad Tamizą przybyszom z Kontynentu, podczas kiedy niespecjalnie przejmuje się legalnymi i nielegalnymi imigrantami z krajów Trzeciego Świata. Wytłumaczenie jest proste, a opiera się na tym, co te kategorie osób wnoszą do społeczeństwa, a także do budżetu. W tym przypadku... „na odwyrtkę” - czego nie wnoszą.


imigracja do UK z Europy
Owszem, względy humanitarne pewnie grają jakąś rolę. No bo ci w Europie „Wschodniej” (jak tutaj nazywają też Europę Centralną) jakoś sobie radzą i u siebie. Już nie mówiąc np. o Hiszpanach. Ci, mimo szalejących na Półwyspie Iberyjskim różnych socjalistycznych wynaturzeń, w ogóle mają prawie dobrze.

A u egzotycznych - dramat. Nie wgłębiajmy się skąd ten dramat, bo otworzymy dyskusję o kolonializmie, w której nie będzie można za bardzo grzebać w jego przyczynach; zaś wyliczyć będzie można tylko skutki negatywne. "Taki mamy klimat".

Do tego można by zahaczyć o drugą grupę względów, o której to dyskusja w dzisiejszych czasach również brnie w ślepą uliczkę. A mianowicie mówiąc coś nie tak o tych przybyszach, zostaje się z miejsca posądzonym o rasizm.
Ale w sensie masowym, imigranci z Kontynentu są niepożądani z innych powodów. I to dla dwóch różnych kategorii Brytyjczyków. Najpierw - dla niewykształconej masy, tak zatrudnionych (choć wciąż niezadowolonych), jak i bezrobotnych.

Nie żeby generalizować, że to w ogóle naród debili, Broń Boże! Jednak to społeczeństwo bardzo spolaryzowane. Może bardziej niż inne, bardziej niż np. nasze. Owszem, są tu jednostki światłe, znakomici naukowcy, nobliści; a obok nich stada tumanów. Dosłownie. Ludzi, którzy mają problem ze zrozumieniem rozkładu jazdy na przystanku (przeczytaj więcej o problemie analfabetyzmu w Wielkiej Brytanii). Ja już nie mówię o rozumieniu choćby najprostszych zasad ekonomii, polityki, czy nawet rozumieniu mapy.

I ci ludzie mają spore problemy z imigrantami. Pierwszy - taki irracjonalny. Jak to i u nas. Nierozumienie, niechęć do tego co obce. Bo tak.
Drugi - bardziej realny. Ci tubylcy mało wiedzą, wolno się uczą, chcieliby sporo zarabiać, a robić za dużo się nie chce. A tu pojawiają się tacy bardziej chętni do roboty, co gorsza najczęściej choćby trochę lepiej wykształceni, a dość często dużo lepiej. Nawet na zasiłkach rodzinnych znają się lepiej. Po prostu bardziej kumaci.
No to wybór na rynku pracy jest dość prosty.

No i ci przybysze jeszcze się bezczelnie szybko rozwijają. Gromadzą dobra. Jest im fajniej po prostu (nie wszystkim, tak naprawdę - ale widzi się tych, którzy się bardziej wyróżniają). Taki tubylec już w trzecim pokoleniu zamieszkuje councilowską norę, a ten imigrant prowadzi biznes, kupuje dom i jeździ na wakacje zagraniczne. Nie powinien.

Kolejna grupa, której zbyt ogarnięci imigranci nie pasują, to rządzący. Owszem, im powinni podobać się tacy przybysze, którzy więcej wnoszą do budżetu, niż z niego pobierają. Ale nie, lepsi właśnie ci, których się utrzymuje, którzy nic nie robią, którzy nic nie potrafią - bo oni nie stanowią konkurencji dla grupy lokalsów opisanej powyżej. Tym niedorozwiniętym społecznie i zawodowo przyjezdnym da się zasiłki, domy; niech sobie siedzą i nie stanowią konkurencji dla lokalnych abnegatów. Bo ci to wyborcy. O swoich niewykształconych nierobów trzeba dbać najbardziej.

Zresztą... skąd my to znamy?

PS. Nie wszyscy zrozumieli o czym mówię? Zwłaszcza w pierwszych trzech akapitach? To dobrze, to bardzo dobrze. Tak miało właśnie być. Nie wszyscy powinni to rozumieć.





czwartek, 13 maja 2021

I znów przywiązani do ziemi

Tym razem o dwóch pozornie niezwiązanych tematach. Obydwa jednak dotyczą prastarego obyczaju przywiązania chłopa do ziemi. A przynajmniej jego współczesnej wersji.

Zasadniczo jestem za obostrzeniami w czasie pandemii, ale mam wrażenie, że te dotyczące wolności przemieszczania się idą za daleko. To zniewolenie, które zbieżne jest z obecnymi trendami kontrolnymi w państwach teoretycznie demokratycznych.

Owszem, rozumiem ograniczenia wakacyjne, chociaż też mi się nie podobają. I nie wiem na ile są zdrowe. Zwłaszcza, kiedy idzie o zdrowie psychiczne. Ale niech już będzie.

Jednak odcinanie ludzi od ich własnych domów? No nie. Nawet jeśli ktoś ma dwa domy... czy więcej. To jego i on chce tam być. Ma prawo być u siebie. A czasami - po prostu musi. Bo własność trzeba czasami doglądnąć.
Nie mówiąc już o czymś takim, jak uniemożliwanie ludziom kontaktów z rodziną.

Ale nie, oni wiedzą lepiej co jest dla ciebie dobre, a jeżeli nie dla ciebie, to dla ogółu. A twoje może się zawalić.

Tak więc ci, którzy posiadają dom również w innym kraju, są z pandemią dość niekompatybilni, a już na pewno nie pasują decydentom. Tzn. nie żeby oni się takimi osobami specjalnie przejmowali - raczej mają je gdzieś. Niech sobie np. zbankrutują. 

Osoby, które gdzie indziej mieszkają, gdzie indziej pracują, gdzieś mają jeszcze dom, a znów gdzie indziej rodzinę - w ogóle są niewygodne. Dla aparatu. Państwowego, skarbowego, kontroli po prostu. Zwłaszcza w Polsce. One nie pasują do sytuacji, w której ów aparat powstał. Tzn. kiedy niedawno jeszcze przywiązani do ziemi chłopi przenieśli się do bloków.

Jeden człowiek, czy też jedna rodzina - ma jeden dom. I zobowiązania w jednym miejscu. To nasz człowiek. Nasz chłop. MUSI mieć tzw. ośrodek interesów życiowych. Jeden. U nas, najlepiej.

Umiem sobie wyobrazić tę rozmowę z urzędniczką.

"-To gdzie pan mieszka?

- Tu, tu i tu...

- Ale jak to? Gdzie pan ma dom?

- Tu, tu i tu...

- No dobra, ale gdzie pan płaci podatki (uwaga - dochodzimy do sedna)?

- Nigdzie.

- Jak to?! Przecież gdzieś trzeba płacić podatki..."

Otóż nie. Nie trzeba. Nie ma takiego, powszechnie zatwierdzonego prawa, że każdy gdzieś musi płacić podatki. Tu nie zarabia wcale, tam ma tylko dom (sorry - tu pewnie zapłaci jakiś gruntowy), a tam zarabia za mało. I cześć.

Wkurzające, nie? Przywiązałoby się chłopa lepiej z powrotem do ziemi?


Wcześniejszy wpis - o klękaniu na stadionach




piątek, 2 kwietnia 2021

Jest taki trynd

 

Więc nasi piłkarze przed meczem na Wembley nie uklękli, ale wskazali na napis „Respect” na koszulkach. To tak, żeby wilk był syty i owca cała. Nie wiem jednak, czy jest sens ustępować tu agresywnej propagandzie spod znaku poprawności politycznej w jakikolwiek sposób. Nie mamy ze sprawą nic wspólnego, zaś potomkowie nie mogą odpowiadać za grzechy przodków - zwłaszcza niekoniecznie swoich. I dość tej hipokryzji.



No bo może będziemy domagać się przeprosin za dziadka w Wehrmachcie? Za ojca w milicji albo na Uniwersytecie Marksizmu i Leninizmu? Za brata, stalinowskiego prokuratora? Itd. itp. Cała sprawa na tym się właśnie opiera, aby pewna grupa ludzi czuła się odpowiedzialna za przewinienia swoich przodków.
Konkretnie chodzi o jedną grupę - białych Europejczyków (albo takiego pochodzenia). Inni za swoje różne zaszłości nie muszą odpowiadać. I tylko za Murzynów.

No i co ważne, wszyscy biali mają czuć się odpowiedzialni za czyny stosunkowo wąskiej grupy. Potomkowie mas biedoty rolnej, proletariatu miejskiego itd. mają przepraszać za to, że jakaś grupa białych posiadała niewolników. Co więcej, to wszyscy biali, np. członkowie narodów, które same były zniewolone, powinni przepraszać za to, że przedstawiciele innych nacji miewali czarnych niewolników. Podobno ci wszyscy biali są członkami cywilizacji, która z niewolnictwa korzystała.







Ale wątków to ta sprawa tak naprawdę ma więcej.

Po pierwsze, niewolnictwo to system gospodarczy, od którego zaczynały wszystkie cywilizacje. Np. Rzymianie, Grecy, Kartagińczycy - wszyscy oni bazowali na łapaniu ludzi, handlu nimi i wreszcie ich pracy. Ale i ci mniej zorganizowani, jak np. Słowianie. Czyli wokół sami winni.


Mieszko I handlował niewolnikami
Problem w tym, że również z owych cywilizacji rekrutowali się niewolni. Oto Mieszko I, kiedy jednoczył lechickie plemiona, wiele z ofiar swoich najazdów sprzedawał w niewolę. Pełnił rolę taką, jak afrykański kacyk, który łapał swoich pobratymców i sprzedawał białym lub Arabom. Nasz książę sprzedawał np. Ibrahimowi Ibn Jakubowi, żydowskiemu dealerowi niewolników z mauretańskiej Hiszpanii.
I takich Mieszków było wielu. Wskutek takiej działalności tysiące Słowian znalazły się na Półwyspie Iberyjskim lub w innych krajach arabskich.

Polacy i inni Słowianie niewolnikami bywali jeszcze nieraz w historii. Szczególnie dali się nam we znaki Tatarzy i Turcy. W niewolę trafiły setki tysięcy, jeżeli nie miliony ludzi z Bałkanów, południowej Polski i Rusi. Z ludzi czyszczono całe połacie ziemi - nie pojedyncze wioski, jak w Afryce - pozostawały zgliszcza (a Szwedzi to nie brali ludzi raczej, tylko fanty - a propos, jakbyście byli w Sztokholmie i zauważyli coś naszego, to bierzcie śmiało, to jest restytucja mienia... plus cokolwiek w ramach odsetek).
Czy Turcy nie powinni dziś klękać przed każdym meczem?

Chyba, że chodzi o to, że niewolnictwo Afrykanów nie było takie stare, jak niewolnictwo starożytne, czy średniowieczne i na tej podstawie winni są uznawani za bardziej winnych. Nie, nie o to chodzi? Rzecz znów w tym, że to tych biednych Murzynków łapali?

No właśnie - a kto ich łowił? Swoi przecież. Kiedy Brytyjczycy zakazali takich praktyk, lokalni kacykowie afrykańscy byli bardzo niezadowoleni (odnotowano oficjalne protesty!), jako że ci psuli im interes...

I tu trafiamy znów na imputowanie winy tylko białym, bo to oni zapewniali popyt. Że niby jakby popytu nie było, to Murzyni nie sprzedawaliby innych Murzynów w niewolę. Aha, czyli np. producenta narkotyków (zwłaszcza jak biedny) można uniewinnić, bo on to robi tylko dlatego, że jest popyt?

Bywa tak, że niektóre nacje lub grupy monopolizują cierpienie. Mają mieć większe prawo do bycia wciąż przepraszanym (a może i do jakichś bardziej materialnych benefitów) na skutek licytacji. Niektórzy mówią „nie licytujmy się w cierpieniu” - ale tutaj taki proces ma miejsce. Bo było ich więcej, bo rzecz działa się tak bardzo dawno... bo stanowią liczną grupę wyborców np. w USA?

I na to im się przyzwala. Przedstawiciele mediów, środowisk opiniotwórczych, publicznie podpisują się pod tym obydwoma rękami; a w rozmowie prywatnej powiedzą „wiesz mnie się to też się nie podoba, ale co zrobisz”. Takie „bo wicie, rozumicie, jest taki trynd”.



Ostatnio pisałem o - niedomkniętym lockdownie