Popularne posty

środa, 25 listopada 2015

Uciążliwości szkolne na początek dnia

Jak wykazują badania, imigranci znacznie bardziej niż miejscowi narażeni są na problemy psychiczne. Powody są dość oczywiste - przede wszystkim rozłąka, tęsknota, problemy komunikacyjne. Są jeszcze problemy z adaptacją. I ja chyba plasuję się w tej grupie - miejscowe zwyczaje, a raczej niedogodności, nawet po latach doprowadzają mnie do pasji.

Niedogodności szeroko rozumiane. Tak, te pogodowe też; ale przede wszystkim te wynikające ze specyficznej organizacji życia, czy też z jej braku. A szczególnie takie, które by nie musiały istnieć, gdyby trochę pomyśleć.
Na nerwy działają mi tutaj już od początku mojego dnia rodzinno-roboczego. Tak się składa, że udaję się najpierw z dziećmi do szkoły i przedszkola. To proces mozolny, obciążony wieloma niezrozumiałymi gdzie indziej upierdliwościami.

Już sam moment wyjścia jest "ciekawy". A to najpierw dlatego, że mój przedpokój - jak i pewnie u wielu z Was - ma kształt wąskiej kiszki, tunelu, czy jak to nazwać. O szerokości metra może. Więc musimy się tłoczyć, dzieci depczą sobie i mi po butach.
Następnie - nie mogę niczego trzymać w rękach ani dziecka trzymać na rękach. A to dlatego, że Brytyjczycy lubują się w nietypowych systemach otwierania drzwi. Nie, nie da się po prostu nacisnąć klamki. W moim przypadku trzeba przekręcić górny zamek, w tym samym czasie drugą ręką, przekręcając "door-knob"i pociągając całość do siebie.
Wychodząc, uważać, aby na pewno mieć klucz w rękach. Bez niego wrócić już się nie da, drzwi bowiem zatrzaskują się i z zewnątrz otwieralne są tylko z klucza. Taki system, a nie błąd. Kiedyś zdarzyło mi się zostawić klucz w mieszkaniu...

Jazda o tej porze, to osobny temat. Jak wiadomo życie w UK rozkwita o godzinie 9. Na raz otwierają się wszystkie szkoły, biura, itd. W ten sposób organizuje się korki drogowe. One bowiem nie powstają - one są tworzone poprzez taką organizację czasu. Jakby czegoś nie można było przesunąć pół godziny wcześniej, czy później...
Dojazd w okolice szkoły (nie mówię o budynku - to niemożliwe) to kolejne, ekwilibrystyczne zadanie. Szkoła - nie tylko ta - mieści się na końcu ślepej uliczki, z rondkiem na końcu. Uliczka jest siłą rzeczy dwukierunkowa, ale wobec tego, że rezydenci parkują po obu jej stronach (normalny tutaj obrazek), ma w praktyce szerokość jednego pojazdu. Nie da rady więc, aby ludzie na raz tu wjeżdżali i wyjeżdżali.

Parkingów nie ma. Tak zbudowano szkoły i już. Trzeba stawać na żywioł i na chama, gdzie się da, miejscowym pod oknami, na zakazie. Władze szkoły zupełnie poważnie proponują parkowanie kilometr dalej, pod Tesco.
Dojście do budynku też jest ciekawe. Najpierw decyzja - idziemy przez łąkę (tereny dla zajęć WF), czy dookoła, po chodniku? Pierwsza opcja jest szybsza, ale błoto po kostki pewne. Druga wolniejsza, ale wtedy, kiedy na krzywym chodniku nie zgromadzi się wystarczająco wody - może być bardziej sucho. Jeszcze tylko przepychanie się przez smarkający tłum stojący przed osobnymi budynkami dla każdej klasy po drodze (bo przecież tutaj szkolnego korytarza nie ma, nie da się czekać gdzieś pod dachem) i jesteśmy.
A później ja już sam mogę wrócić naokoło, ale szybkim krokiem, aby ubiec parkingowego, który może po g. 9 ukarać rodziców, którzy parkują gdzie się da (za darmo nigdzie się nie da, płatnie też nie - tu tylko dla rezydentów). I włączam się w korek powrotny.
Operacja długa, upierdliwa, nieporównywalna z tym, co pamiętam z czasów mojej podstawówki.

PS. Już słyszę tych, którzy powtarzają w takich wypadkach "Jak ci się tak nie podoba, to po co tu siedzisz" itp. Odpowiedź jest zawsze ta sama. Dla pieniędzy. Jak Kwinto, kiedy go zapytano, dlaczego zrobił tyle banków - "Bo tam były pieniądze".

niedziela, 1 listopada 2015

Polak – i na mnie zarabia!?
Wzajemne rodaków relacje poza krajem to chyba temat stary jak sama emigracja. No i pewnie dotyczy nie tylko nas, ale wydaje się jednak jakbyśmy się mniej wspierali niż inne nacje. Może i coś jest na rzeczy – albo po prostu bardziej odczuwamy to, co nas dotyczy.

I nie ma się co dziwić. „I to Polak się tak wobec mnie zachował” - to bardziej boli. Wszak swoi powinni być bardziej lojalni, pomocni, czy nawet – braterscy. No i pewnie niektórzy są. Jak wykazują zresztą badania, skłonnych do pomocy rodakom jest 33 proc. Polaków. Wyprzedzamy wiele narodów, choćby Francuzów, Czechów czy... Turków lub Greków. Popatrzcie też na fora internetowe. Owszem, sporo jest osób zasiedziałych, które patrzą z góry na „greenhornów”, ale też wielu rodaków służy innym pomocą, a przynajmniej dobrą radą. Są więc Polonusi lepsi, i gorsi.
Sęk w tym, że ci gorsi potrafią dać się we znaki... Niektórzy wręcz twierdzą, że na emigracji najgorzej trafić na Polaka. Nie tylko, że nie pomoże, to poważnie zaszkodzi. Szczególną mendą potrafi być taki, który w kraju był niczym, a tu go zrobili np. „supervisorem”. Inna sprawa – jak wskazują poznane przez nas historie - że jego podwładni też potrafią skutecznie pod nim dołki kopać.
Zanim dojedziesz
Problemy imigranta z innymi Polakami zaczynają się często zanim jeszcze wyruszy w świat. Nie brak „lewych” lub po prostu źle zorganizowanych agencji oferujących pracę na „Zachodzie”. Pobierają one opłaty, za które naprawdę nic nie oferują, bądź dostarczają świadczeń, które osiągalne są darmo. Bywa też tak, że praca i dach nad głową istnieją, ale opłaty za nie, którymi obarcza się świeżo upieczonego imigranta, są tak wysokie i nieadekwatne do swojej wartości, że człowiek de facto staje się niewolnikiem robiącym za grosze.
Pośrednictwo, konsulting na rzecz rodaków, to bywa też ciężki kawałek chleba dla tych, którzy tym się zajmują, nawet legalnie. A wynika to z „polskiej zawiści”. - To ile pan na mnie zarobi? - słyszy np. pośrednik ubezpieczeniowy od rodaka, który uważa, że Polak powinien nie brać prowizji za pomoc innemu Polakowi. „To ile wy bierzecie dla siebie z ceny tych wczasów?” - To częste zapytanie, które słyszę od rodaków – mówi Janusz, konsultant agenta turystycznego Travelpol. - Tymczasem nie bierzemy nic ekstra, jesteśmy opłacani przez touroperatora, cena jest taka sama jak w jego katalogu. Ale rodaka to już nie interesuje.
„Wolę dać zarobić Anglikowi niż Polakowi” - i z taką dewizą muszą się czasami spotykać przedstawiciele polskiego biznesu. Podobną zasadą posługują się np. polonijne portale internetowe. Nie mają nic przeciw dyskusjom o firmach i usługach brytyjskich (pozytywnym, żeby się nie narażać na sąd), ale za nic nie dadzą wspomnieć o polskim biznesie – bo to by była kryptoreklama...
  
Najgorzej w pracy
To jednak przypadki dość łagodne, wszak każdy może wybrać z kim chce współpracować i ma prawo do sympatii i antypatii. Gorzej, kiedy wprost działa się na szkodę rodaka. A i z takimi historiami się spotykamy, zwłaszcza w miejscach zatrudnienia.
Alicja pracowała kiedyś dla dużej firmy sprzątającej. Pracowała dobrze i już długo. Została supervisorem. Swoich polskich podwładnych traktowała po przyjacielsku i partnersku. I to był pierwszy błąd. Pomagała im w różnych sprawach formalnych w pracy i poza pracą – to były dwa błędy. A czwarty to ten, że uczyła ich języka. Jedną z koleżanek tak wyuczyła, że ta mogła ją nawet w razie konieczności zastępować – błąd piąty.
Naraziła się m.in. wtedy, kiedy wytknęła paru osobom wychodzenie z pracy przed czasem, co zarejestrowały kamery. Wystawiła się zaś na strzał, kiedy sama zaczęła brać wolne ze względów zdrowotnych. Pewnego razu po powrocie dowiedziała się, że jest zawieszona za... kradzież środków czystości, nawiedzanie pracowników w domach poza pracą, zajmowanie się sprawami spoza jej obowiązków (pomoc w aplikacjach WRS) itd. Dowody? – brak, za oskarżeniem stała angielska menadżerka i polska zastępczyni Alicji. Całe oskarżenie zostało roztrzaskane w drobny mak przy pomocy angielskiego kolegi, prawnika. Firma poczuła się dodatkowo upokorzona. Anna po powrocie z zawieszenie otrzymała... kolejne oskarżenie – poparte zeznaniami świadków, Polaków, „kolegów” z pracy... Poddała się bo miała dość. Zmieniła firmę. Tymczasem niektórzy ze świadczących przeciw niej też zostali wykopani... i zaczęli przychodzić do niej po pomoc. Już nieskutecznie.
Katarzynie
zatrudnienie w UK załatwiła przyjaciółka z dzieciństwa. Razem nawet zamieszkały, było miło i wesoło. Do momentu, kiedy okazało się, że Katarzyna zaczęła zarabiać więcej. Cóż, była „z innej półki”, znała świetnie język, była wykształcona i zorganizowana. Koleżanka straciła humor. Po pewnym czasie okazało się, że doniosła gdzieś, że Katarzyna pracuje na czarno. Rzecz bez sensu, ale koleżanki już nie mieszkają razem.
- Przyjechałem z kolegą do Anglii – opowiada Piotr. - Po przyjeździe poprosiłem żeby popilnował mojego bagażu. Jak wróciłem nie było ani bagażu ani kolegi. Co gorsza w torbie miałem nie tylko ubrania.
- Nie będę już nigdy współpracował z Polakami – zwierza się pewien polonijny przedsiębiorca. - Rozkręcałem właśnie swój biznes. Ci, których wziąłem do współpracy byli mili, ale za wszelką cenę starali się wyciągnąć ode mnie różne informacje. Po pewnym czasie ich już ze mną nie było, za to... miałem konkurencję.
Wielu zresztą uważa, że praca z Polakami to duże ryzyko. Hipokryzja, fałsz, nielojalność – to spotykane cechy. Każdy chce jak najwięcej dla siebie wyciągnąć, nawet kosztem innych. Wrobią, doniosą - byle mieć parę funtów więcej. Powszechna jest opinia wśród tych bardziej doświadczonych, że nie należy absolutnie zwierzać się Polakom – “wszystko co powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie”. - Dziewczyny, jak już się spotkają, opowiadają sobie jeszcze większe bajki niż w Polsce – uważa Danuta z Londynu. - Pewnie rekompensują sobie w ten sposób brak dostępności do wielu rozrywek i ograniczone przebywanie w towarzystwie, a to ze względu na nieznajomość języka.

Powody

Skąd się biorą takie zachowania? Pewien internauta z forum w PL twierdzi: „90 procent Polaków, którzy wyjechali za granicę to zwykli nieudacznicy, którzy nie umieli sobie poradzić w naszym kraju. Ludzie bez szkoły, po podstawówkach lub zawodówkach…” Opinia to chyba krzywdząca i najwyraźniej nieoparta na żadnych badaniach. Coś jednak jest na rzeczy, bo przecież z danych statystycznych (i zwykłego rozeznania) wynika, że Polonia nie jest społecznością jednorodną. Obejmuje kilka generacji emigrantów ze zróżnicowanym poziomem wykształcenia, doświadczenia zawodowego i znajomości języka. Są to ludzie z różnych środowisk, o różnych zasadach, którzy tu często muszą żyć ze sobą. Ten, co to częściej chodzi do kościoła, ale na każdego pensa rzuca się jak komornik na szafę, mieszka z humanistą, który chodzi po muzeach, a jak oszczędza to na wakacje w tropikach. Nie pasują.
Na obczyźnie często wzmacniają się różne zachowania i poglądy. Jeżeli ktoś czuje się niepewnie w nowym kraju, ma problemy pracą i zarobkami, to bywa nieufny w stosunku do obcych i negatywnie nastawiony do tych, którym powodzi się lepiej. Ma większą skłonność do plotkowania i obgadywania innych.

A czemu nie walczymy o siebie? A to już może być pozytywne. Bo nie grupujemy się gettach i wyszliśmy już z czasów plemiennych. W większości chyba.




Problem na głowie landlorda
Nie tylko my, imigranci, mamy trudności z zakupem własnego domu. W dzisiejszych czasach nawet dwie trzecie osób w wieku do lat 35 ma problemy z zakupem nieruchomości. Trzeba więc chyba przeprosić się z ideą wynajmu dachu nad głową. Ta opcja zresztą nie jest taka najgorsza – choć w UK można by ją ulepszyć wzorem innych państw.

Żyjemy w kraju, w którym posiadanie własnego domu należy do kanonu postępowania każdego normalnego obywatela. W wielu przypadkach nie tylko po to, aby w nim mieszkać, ale również, aby posiadać jakąś inwestycję. Tutaj zarabia się na tym, że ceny nieruchomości wciąż rosną, gdyby było inaczej, to cała gospodarka miałaby problem.
Całe pokolenia Brytyjczyków zostały wychowane z tym przekonaniem, że pracując rzetelnie, pewnego dnia opuszczą dom rodziców – którzy ci też posiadają – i kupią własne cztery kąty. I to raczej wcześniej niż później. To nie są Włosi, którzy pozostają pod dachem rodzicieli chyba nawet dłużej niż Polacy. Ci zaś, którzy mieszkają w lokalach councilowskich, zwłaszcza w blokach, to margines. Wcale liczny – ale margines.
No i wielu z nas osiedlając się w UK, przejęło choć częściowo ten sposób myślenia. Celem pracy, oszczędzania, ma być wreszcie zakup własnego domu.
Nie da się oszczędzić
Tymczasem obecne warunki ekonomiczne, no i ta zasada, na której oparta jest gospodarka – tzn. wiecznie drożejących domów – spowodowały, że nastały czasy tzw. „generation rent”. Pokolenia, które nie może się wydostać z zaklętego cyklu wynajmowania lokali i odnawiania kolejnych umów z landlordem. Według danych National Housing Federation, obecnie trzeba zarabiać
£100 000 w Londynie, aby kupić sobie dom. Otóż średnia cena w tym mieście to £514 000, tak więc nawet po zapłaceniu depozytu w wysokości £102 800 dalej musimy zarabiać w wymiarze sześciocyfrowym, aby dali nam mortgage. Tymczasem średnia pensja w stolicy to £33 000.
Nie lepiej jest na prowincji. Np. w Walii średni koszt lokalu mieszkalnego to
£272 000, podczas gdy przychody wynoszą £26 000. Rozziew pomiędzy tymi wielkościami jest dramatyczny. A jego efektem jest znaczne poszerzenie rynku wynajmu.

Znów powołując się na NHF, dowiadujemy się, że w latach 2012-13 14.3 mln domów było zamieszkanych przez ich właścicieli, a 7,7 mln było wynajmowanych. To 50-procentowy wzrost w ciągu pięciu lat. Z kolei liczba wynajmujących w wieku 21-35 wzrosła z 31% do 45%. Jak wykazują ankiety, znaczna część z nich nawet nie myśli już o kupnie.
Jest trochę za
Inna sprawa, że niektórzy przekonali się do takiego stylu życia. Ma on wszak swoje plusy. Z reguły ludzie kupują swój pierwszy dom – aby w ogóle dostać się na tzw. „property ladder” - w tańszej okolicy. A to oznacza – gorszej. Na lepszą nas nie stać. Tymczasem możemy mieć wystarczające fundusze, aby wynajmować w okolicy, którą inni uważają za „posh”.
Na dodatek nie naruszamy naszych zasobów w celu remontów i napraw. To nie nasza sprawa, tylko landlorda. Zepsuty bojler to spory wydatek, ale nas on nie obchodzi. No oczywiście poza tym, że możemy mieć zimno, a właściciel lokalu może się grzebać z przysłaniem fachowców...
Nie jesteśmy do tego lokalu za bardzo przywiązani i jeżeli spodoba nam się gdzie indziej lub w innym miejscu dostaniemy pracę, łatwiej się tam przenieść.
Z kolei zakup to niełatwa sprawa ze względów formalnych i finansowych – i nie chodzi tylko o cenę lokalu. Realne koszta są znacznie wyższe. Są takie opłaty jak Stamp Duty, koszta prawników, ubezpieczeń – budynku i jego zawartości itp. itd. Dom trzeba utrzymać, naprawiać urządzenia, czasami za spore pieniądze. Kiedy mamy go na wynajem, to naprawiamy też na cudzy użytek.
Oczywiście starając się o lokal do wynajęcia, zwłaszcza przez agencję, też musimy spełnić określone warunki. Ale mają się one nijak do tego, co należy spełnić, aby dostać mortgage.
No i nieruchomości to już nie są takie bajkowe inwestycje. W bieżącej sytuacji ekonomicznej akcje i fundusze daja lepsze długoterminowe perspektywy lokowania pieniędzy. I takie inwestycje nie wymagają tyle zachodu wokół ich utrzymania...
Wzór z kontynentu
Oczywiście są też minusy wynajmu. Takie jak np. jakość dostarczanych lokali – często przed wynajmem są one robione „na sztukę” (sztuka się liczy, a nie jej jakość). Stan lokali na wynajem bywa wprost dramatyczny. Brak stabilizacji też niektórym doskwiera. No i wydajemy pieniądze na coś, co nie jest nasze.
Aby pomóc lokatorom, warto w UK wprowadzić sprawdzone w innych krajach modele postępowania. Oczywiście, piszczeć będą niektórzy landlordowie, ale i tak swoje zarobią. Tylko bardziej uczciwie. A jak ich nie stać na właściwe utrzymywanie swojego stanu posiadania, to niech się do tego biznesu nie biorą.
Inni wynajmują bardziej powszechnie, bo mają ku temu warunki. Tylko trochę ponad połowa Francuzów posiada własne domy, przy czym zaledwie 1/3 paryżan. Podobne proporcje krajowe istnieją w Niemczech. Jednak aż 90% lokali berlińskich jest wynajmowane!
Ludzi też nie za bardzo stać na kupno, ale ceny wynajmu są regulowane i w tym tkwi „sekret”. Landlordowie zarobią, ale nie poszaleją. W Europie często stawki ustalane są przez rady gminne. W największych miastach Niemiec nielegalnym jest podniesienie czynszu o więcej niż 15% w ciągu trzech lat.
Kolejnym problemem jest długość umów o wynajem. W Wielkiej Brytanii są one z reguły podpisywane na pół roku lub rok. Tymczasem w wielu krajach Europy Zachodniej, lokatora nie można usunąć z lokalu, jeżeli chce w nim pozostać i dotrzymuje warunków wynajmu. W praktyce wynajem bywa bezterminowy.
Sytuacja zaczyna się zmieniać i na Wyspach. Istnieją firmy – zwłaszcza te duże, inwestujące w nieruchomości na dużą skalę – które oferują już umowy na trzy lata. Ten trend będzie narastał. Więcej jest wynajmujących, a przez to i więcej potencjalnych wyborców znajduje się w takiej sytuacji. Trzeba im coś dać...
Inna sprawa, że landlordowie też nie są specjalnie przeciwni takiemu rozwiązaniu. Czemu by nie mieć dobrego lokatora przywiązanego do domu na dłużej? Wiadomo przecież, że tak utrzymywanie pustej nieruchomości, jak i poszukiwanie kolejnego najemcy, kosztuje. To po prostu straty.
Ciekawą opcją, jak wskazują autorytety w tej dziedzinie, mogłoby być zawieranie w umowach klauzuli „right to renew”. Na jej mocy lokator, który zachowywał się zgodnie z warunkami wynajmu, po upływie kontraktu mógłby pozostać w lokalu na kolejne 12 miesięcy – gdyby wyraził taką ochotę.
Tak więc wynajem mieszkania w Zjednoczonym Królestwie, to wcale nie jest taka zła sytuacja. A zanosi się na to, że będzie jeszcze lepsza. Choć pewnie nie dziś i nie jutro.

sobota, 25 lipca 2015

Szczęki w wersji UK

Poziom opieki medycznej w Zjednoczonym Królestwie to kontrowersyjny temat. Niby mają to swoje NHS, z którego są tak dumni, ale często i sami narzekają na standard, a zwłaszcza dostępność usług. Zwłaszcza opieka dentystyczna budzi negatywne emocje.

Pamiętam zdjęcie dżokeja Liama Treadwella zrobione po gonitwie Grand National. To, co miał w ustach, było po prostu nieprzyjemne. A w publikacjach prasowych, jak i w internecie, można spotkać obrazkowe porównania stanu uzębienia np. Amerykanina i Brytyjczyka. Nie trzeba chyba wyjaśniać, który wygląda lepiej. I można powątpiewać, że wynika to tylko z tego, że Amerykanie mają bzika na punkcie posiadania szerokiego, pełnego i olśniewającego uśmiechu. To za słaby powód. Muszą być też inne.
Turystyka medyczna i w tej branży przecież skądś się bierze. Coraz więcej ludzi nie daje sobie wcisnąć propagandy twierdzącej, że w Europie wschodniej poziom usług jest niski, pewnie zepsują nam zęby, a tu jest świetnie.
Stąd i w nowoczesnej klinice nad Dunajem, czy nad Wisłą, spotkacie spore grono osób, które mówią po angielsku. Przyjechały tu specjalnie naprawić zęby, bądź też robią to przy okazji – bawiąc się lub zwiedzając. Mają mało czasu, ale dziś już technika dentystyczna poszła tak do przodu, że da się wiele przypadków załatwić bez kilkutygodniowego oczekiwania. Przy użyciu najnowszej techniki, przy użyciu znieczulenia WAND lub sedacji, wykorzystując wysokiej klasy trwałe preparaty. Rentgen na miejscu, anestezjolog, wszystko co trzeba.
Jest już drożej, niż np. w Polsce było kiedyś. Ale wciąż sporo taniej niż tutaj. Mimo, że tamtejsi dentyści to też zamożni ludzie. Czyżby to jedni z tych, którzy zrozumieli, że żądając mniej, można zarobić więcej?

Zęby na kleju
Oczywiście są w UK i przypadki zaniedbań wynikających z winy pacjentów. No może nie całkiem... gdyby bowiem ten dentysta był bardziej przystępny, a ktoś odpowiedzialny za opiekę zdrowotną bardziej społeczeństwo uświadamiał... To wręcz wstrząsające, co ostatnio pokazano w pewnym programie brytyjskiej telewizji.
Otóż pewna obywatelka miejscowości pod Manchesterem bardzo długo unikała wizyty u stomatologa. Bynajmniej nie dlatego, aby jej nic nie było. 48-letnia Angie Barlow z Altrincham bardzo się bała dentysty. To dość często spotykany przypadek, ludzie różnie sobie z nim radzą. Np. jak wspomniano wyżej, przechodząc zabieg bez świadomości. Przypadki negatywnych reakcji na narkozę czy znieczulenie się zdarzają, ale to niezwykle rzadkie i od tego jest anestezjolog, aby o pacjenta zadbał.
Pani Barlow miała problem dodatkowy. Otóż jej mama rzekomo dostała raka po ekstrakcji zęba. Bohaterka reportażu wobec tego dentysty nie odwiedzała w ogóle, za to zęby próbowała ratować sama. Te, które jej wypadały, przyklejała z powrotem za pomocą superglue. Podobny proceder trwał 10 lat.
W rezultacie zniszczyła sobie uśmiech całkowicie tak, że wolała go wcale nie pokazywać. Naraziła się również rzeczywiście na poważną chorobę, pakowała przecież do ust substancję toksyczną.
Pomógł jej wreszcie dentysta Kailesh Solanki, który był zaszokowany tym co zobaczył. Ma on duże osiągnięcia w radzeniu sobie za pacjentami nerwowymi. Musiał wiele usunąć, trudno było uratować zęby, jednak pani Barlow w końcu jakoś wygląda.

Nie bo nie
Lęk można jakoś zrozumieć. Ale są tacy, którym po prostu nie zależy albo nie zdają sobie sprawy z tego jak wyglądają i jak ważne są zęby dla ogólnego stanu zdrowia. Podobną opinię wyraził kiedyś w „Telegraphie” dentysta Chris van Tulleken, który stwierdził też, że z Brytyjczyków śmieje się świat. Ich problemem jest bowiem to, że „są zbyt tolerancyjni względem ludzi, którzy mają brązowe, fatalne zęby”.
Firma Oral-B przeprowadziła swego czasu badania na Brytyjczykach. Okazało się, że przede wszystkim nie umieją prawidłowo umyć i wyszczotkować zębów – jak to robić, wie zaledwie co czwarty. Mogą też w ogóle nie myć. Nie mają czasu. A później wstydzą się dentysty. Aż 41 procent z nich nie chodzi na regularne wizyty. Co trzeci Brytyjczyk ma co najmniej sześć plomb, a jedynie 14 proc. nie ma żadnych wypełnień. No ale podstawowym problemem wydaje się ten, że jedynie połowa Brytyjczyków deklaruje, że zdrowe zęby są dla nich ważne.
Choć dla niektórych jakoś tam są. Ale w podobny sposób jak dla wspomnianej wyżej bohaterki programu telewizyjnego. Bo to nie był odosobniony przypadek.
Otóż niegdysiejszy raport Which? ogłaszał, że trzy miliony Brytyjczyków przeprowadziło w domu samodzielnie „zabiegi”. I to były te sposoby znane z dowcipów i z bajek – np. przy użyciu obcęgów i drzwi. Co dziesiąta osoba przywiązała do zęba żyłkę, a tę do drzwi. Również stosowanie kleju to nie rzadkość, bo 11 procent ankietowanych używało go do podklejenia odpadających koron lub wypełnienia ubytków. Jest też metoda mniej trwała, acz pewnie bezpieczniejsza, czyli wykorzystanie gumy do żucia, na którą zdecydowało się sześć procent badanych.
Badanie przeprowadzono na 2631 dorosłych Anglikach, a użyto do niego internetu. Nie było więc całkiem reprezentatywne. Czy gdyby zaangażować tych, którzy od netu stronią byłoby lepiej? Można wątpić.

NHS na niby
I znów posłużmy się ostatnim raportem Which? Pokazuje on m.in. ceny usług stomatologicznych. I tak zwykłe wypełnienie amalgamatem to koszt £40 do £190 funtów. Plomba kompozytowa może być droższa o kolejne £70. Z kolei koszt korony, czyli takiej np. porcelanowej nadbudowy na zęba, może wynieść od 350 do 1100 funtów. No i wreszcie dość częste leczenie kanałowe pochłonie pomiędzy £95 a £700. Trzeba jeszcze pamiętać, że dentyści wolą się skłaniać ku tym wyższym cenom. Teraz wyobraźcie sobie koszt leczenia i uzupełnienia, czy odbudowy kilku zębów.
Oczywiście są jeszcze ceny NHS. Ale tu pojawia się kolejny problem... Otóż jedna trzecia gabinetów, które reklamują się, że przyjmują nowych pacjentów, tak naprawdę tego nie robią. Inne zaś każą czekać na akceptację bardzo długo – a na pewno za długo dla tych, którzy potrzebują pomocy. Na 500 gabinetów, które właśnie zachwalały się jako przyjmujące nowych chętnych na zasadach NHS, 37% stwierdziło, że nie ma miejsc. Z tych zaś, które miejsca miały 36% zapraszało, ale za dwa tygodnie. Były też przypadki skrajne, nawet dentystów każących czekać osiem do dziewięciu miesięcy. W niektórych hrabstwach zaledwie co piąta klinika czeka na nowych pacjentów. Ludzie podróżują dziesiątki mil.
Ale... może da się coś zrobić? Tak, niektórzy oferowali przeskoczenie kolejki za wpłatę depozytu. Jeżeli zaś chodzi o pieniądze, to wcześniejsze śledztwo Which? wskazuje, że ludziom nie uświadamia się kosztów przed zabiegiem – połowie nie pokazano cennika. A zasady są inne.
Niektórzy pacjenci podejrzewają też, że dokonano na nich prostszych zabiegów, zamiast bardziej zaawansowanych, acz o podobnej cenie w NHS. Mówiąc wprost – wyrwano zęby zamiast leczyć.
Nie dziw, że nawet kiedy ludzie mogą się do dentysty dostać, to się go boją. A ci, których gabinety służą do łatwego zarobku, psują opinię rzetelnym fachowcom.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Dodać pieniędzy i jakoś będzie

Mam mieszane uczucia wobec Greków, właściwie takie rozdwojenie jaźni. No bo lubię ten naród, doceniam jego historię, kuchnię, wkład w rozwój kultury itp. Jednocześnie trudno mi przystać na ich podejście do ekonomii.

Owszem, rola banków i organizacji finansowych w zorganizowaniu obecnej sytuacji jest jasna (piszę "zorganizowaniu", bo to się nie "zrobiło", za tym stoją ludzie). Zresztą pewnie w jakimkolwiek kraju publika ma swoje zdanie, niestety bardzo często uzasadnione, nt. działalności bankierów (i tolerowanie różnych szemranych trików przez państwo).
Jednak... Ostatnio mój grecki kolega stwierdził, że byłoby zupełnie inaczej, gdyby Niemcy oddali im pieniądze winne za II wojnę światową. Czyli jednak chodzi o to, aby dostać pieniądze i aby móc je wydawać... Brak jakiegokolwiek krytycznego spojrzenia na własne zaniedbania. Dotychczasowy system socjalny wydaje się wielu Grekom jak najbardziej naturalny.
A może niektórzy powinni mieć taki poziom życia na jaki ich stać? Jeżeli twój kraj nie generuje dochodów starczających na 13. i 14. pensje, czy emerytury, to ich po prostu być nie powinno? Owszem, właściciel plantacji oliwek pewnie wytwarza dochód, który starcza na BMW, ale czy jego pracownicy również? Może jednak stać ich tylko na to, aby jeździli na osiołku. Jeżeli tak jest, to na nim powinni jeździć, bo czemuż ktoś inny ma za to płacić.

Mamy ugodę (którą jeszcze muszą zatwierdzić parlamenty), która przewiduje dalszą pomoc dla Grecji. Europa odetchnęła z ulgą. Tylko wcześniejsze kredyty też były udzielane na podstawie jakichś umów. Jaka jest gwarancja, że ta zostanie dotrzymana? Dał już przykład Odyseusz jak należy negocjować...

sobota, 7 marca 2015

Kamikadze


Czy pojechilibyście kiedyś zagranicę "w ciemno"? Ja tak kiedyś zrobiłem - wybrałem się do Francji na winobranie. Ale nie obiecywałem sobie niczego, jechałem z kolegą a nie z rodziną, właściwie była to wycieczka. Do tego umiałem się porozumieć, a mapę kraju docelowego miałem nawet w głowie. Tymczasem są liczni tacy, którzy jadą zupełnie w nieznane, bez przygotowania, bez znajomości terenu i ciągną jeszcze za sobą innych.


"Pomóżcie rodacy. Przyjechałam tu z dzieckiem, bo w Polsce jest biednie. A tu chodzę za pracą i nie ma. Wszyscy chcą, żebym mówiła po angielsku. Już mi się pieniądze kończą. Mieszkam kątem u znajomych, ale ile mogą mnie tak trzymać."

Takie zeznania czyta się często na polonijnych forach internetowych. Z jednej strony chciałoby się pomóc, z drugiej bierze złość.
Co do pomocy to przede wszystkim nie wiadomo jak. Bo to praca od podstaw. Trzeba by nauczyć kraju. Czy dać rybę czy wędkę? Rybę pewnie na chwilę, żby nie umarli, ale na dłuższą metę zdałoby się wędkę. Z całym oprzyrządowaniem zresztą i z know how. Ale żeby know how przekazać, to przyjmujący je musi mieć jakieś podstawy. A tu tabula rasa.

Takich kamikadze jest wielu. Praca w Wielkiej Brytanii jawi im się jako cel wyśniony, czy właściwie znakomity środek do celów wymarzonych lub choćby normalnej egzystencji.
I tu pojawia się pytanie - co oni sobie wyobrażali? Bo czego chcą to już wiemy - lepszego życia, co by to miało nie znaczyć. Ale jaki był ich obraz Wielkiej Brytanii?
Najwyraźniej miało to być miejsce, gdzie ich oczekują. Gdzie jest praca, pieniądze, ktoś pokażę co robić, np. na migi, albo wytłumaczy jakiś inny Polak. Do tego można coś dostać "na dziecko". Idzie się do urzędu (bo w Polsce głównie się chodzi) i już jest.

Tymczasem to nie jest żaden raj. Tak się składa, że w Anglii dobrze jest mówić po angielsku. Nie jest to żaden gigantyczny obóz OHP, na którym wszystko mają dla nas przygotowane i właściwie to odpowiedzialni są za to, żeby nam tu jakoś było.
O pracę trzeba aplikować, a przy aplikacji korzystnie mieć jakąś historię. "A skąd mam ją mieć?" A kogo to obchodzi? Podobnie przy wynajmie mieszkania, ubezpieczeniu samochodu. I to wszystko kosztuje, zwłaszcza na początku.
Aby iść do pracy, trzeba by gdzieś posyłać dziecko. Małe - np. do przedszkola. To są kolejne, spore pieniądze.
To wszystko TRZEBA wiedzieć wcześniej. Inaczej - leci się jak kamikadze.          

piątek, 6 marca 2015

Co imigrant ma



Majątek jakiego dawniej można było się dorobić zagranicą był w kraju nad Wisłą czymś pożądanym i realnie odróżniającym tych, co „na kontrakcie” od tych, którzy nigdzie wyjechać nie mogą. Również i z tego powodu zasobność emigrantów do tej pory bywa mocno przeceniana. Zwłaszcza, że zmieniły się czasy i uwarunkowania ekonomiczne. Spróbujmy zobaczyć jak wygląda portfel polskiego imigranta w rzeczywistości.

Dla większości z nas wyjazd zagranicę był koniecznością ekonomiczną. Bo tam nie można było do niczego dojść, bo po prostu brakowało na życie. Są jednak wciąż tacy, którzy w ten sposób planowali – lub planują – się dorobić. I również liczni tacy, którzy wyobrażają sobie, że praca zagranicą wciąż oznacza "kokosy”.
Pewnie osoby, które dorabiają się majątku, istnieją. Jednak codzienność emigranta jest obecnie inna. Podstawowy powód takiego stanu rzeczy jest jeden, choć bardzo opisowy. Zmiana ustroju politycznego. Nasze wejście do Unii Europejskiej,z którego wynika inna niż wcześniej sytuacja ekonomiczna – drastyczna zmiana kursu waluty – wciąż ewoluująca. To już nie te czasy, kiedy dosłownie parę dolarów, marek funtów, zarobionych w innym obszarze płatniczym, stanowiło potężny zastrzyk finansowy dla rodziny w kraju.

Wspomóc w kraju
W ojczyźnie panuje przekonanie, że imigranci pieniądze mają. Choćby dlatego, że wysyłają je do Polski. Inna sprawa, że są tacy, którzy wysyłają, „bo wypada”, „bo tam rodzina czeka”... a tak naprawdę nie mają na to wystarczających środków. Wysyłają też coraz mniej.
Jak wynika z ostatnich badań NBP, w ub. roku emigranci przysłali do Polski ponad 17,1 mld zł. To o ponad 300 mln zł mniej niż w roku poprzednim i aż o 3 mld zł mniej niż w najlepszym pod tym względem roku 2007.
Co ciekawe wskaźniki te maleją, mimo że wyjeżdżających z Polski przybywa. Według szacunków statystyków, za granicą przebywa już ok. 2,6 mln rodaków. Wśród powodów malejącej hojności trzeba wymienić jeden podstawowy – oprócz kryzysku ekonomicznego - Polacy zapuszczają korzenie zagranicą. Urządzają się, osiedlają się całymi rodzinami, bywa, że kupują nieruchomości. Nie tylko w tym celu zaś zaciągają kredyty. Przez to jeszcze bardziej wiążą się z miejscem, w którym aktualnie przebywają, no i pożyczki trzeba spłacać – najlepiej będąc na miejscu i dalej zarabiając np. w funtach. W kraju zaś pozostaje mniej tych, którym wypadałoby coś wysłać. Np. rodzice emigranta, ale nie żona i dzieci. One są tu i tu trzeba je utrzymać.
Jednak nasi zdążyli solidnie wspomóc Rzeczpospolitą. Otóż od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej emigranci przysłali do ojczyzny 166,8 mld zł – jak wynika z badania.
Liczba wciąż spada i to mimo tego, że w zeszłym roku nasz kraj opuściło znów ok. pół miliona osób. Zasilili oni grupę ponad 2,1 mln wcześniejszych emigrantów.
Nowi emigranci też wysyłają pieniądze. Są to jednak przeważnie kwoty bardzo niewielkie. Najpierw muszą wydać sporo pieniędzy na urządzenie się w nowym miejscu, gdzie osiedli. Inni szukają pracy albo ją dopiero rozpoczęli.
Z danych NBP wynika, że mniej więcej połowa tych, którzy pracują za granicą, wspiera swoje rodziny, wysyłając - czasami co miesiąc, czasami nie - część zarobionych pieniędzy. Najczęściej kilkanaście procent. W ubiegłym roku kwota ta wyniosła 4,1 mld euro i jest to najsłabszy wynik od wielu lat.

Tu jest słabo
Wygląda też na to, że ci, którzy wyjechali na Wyspy Brytyjskie nie mają najlepszych możliwości wspierania rodziny w kraju. Tu wyjeżdżaliśmy przede wszystkim dlatego, że można było – nie istniały wszak żadne limity, nie było konieczności posiadania załatwionej wcześniej pracy. Pomocnym argumentem na rzecz wyjazdy do UK było to, że tu się mówi po angielsku. A to i w Rzeczpospolitej chyba najbardziej popularny język obcy.
Argument finansowy istniał, owszem, nawet był dość powszechny. Ale coraz więcej osób widzi, że przeciętne zarobki pracownika niewykwalifikowanego nie zwalają z nóg – a w takim charakterze, niestety, wciąż wielu z nas pracuje.
Tak więc Wielka Brytania wypada słabo, zarówno ze względu na aktualny dochód, jak i realne możliwości „awansu płacowego” imigranta. W tym kraju w 2004 r. średnia pensja na jaką mogli liczyć świeżo upieczeni polonusi, wynosiła 1 tys. funtów, a do 2012 r. wzrosła do ledwie 1,2 tys. Potem jeszcze spadła. Lepiej zarabia się w Niemczech, Austrii, Irlandii – nie mówiąć o Norwegii.
Co prawda bezrobocie w Wielkiej Brytanii jest dziś najniższe od 6 lat. Stan rynku pracy potwierdza wyjście brytyjskiej gospodarki z okresu recesji – ale ludzie zarabiają mniej niż dawniej. I nie tylko imigranci.
W Polsce przeliczano, że łącznie zarobki Polaków na emigracji uskładały się na sumę 885 mld zł. Tak lepiej liczyć, bo uwzględnia się tak dochody w euro jak i w funtach. Zarobki w ostatnim czasie ustabilizowały się, bo sumy od trzech lat oscylują wokół 100 mld zł.

Konkretne liczby
Popatrzmy teraz jak wygląda struktura zarobków wśród polskiej imigracji w UK. Jak wynika z badania dokonanego przez portal Smartpolak, największa grupa osób, tj. 18%, deklaruje roczne zarobki brutto w przedziale od £20 001 do £25 000. 13% osób zarabia od £16 0001 do £20 000. Tylko o 1% mniej zarabia nieco więcej niż national minimum wage, od £13 126 do £16 000. 11% Polaków pracujących w UK zarabia national minimum wage czyli £13 125 rocznie.
Co do ekstremów, to taki sam procent, a więc 11%, naszych rodaków, zarabia poniżej national minimum wage (mniej niż £13 125). Są też tacy, którzy zarabiają dobrze, w przedziale od £30 001 do £50 000, a jest ich 10%. Trochę gorzej ma 8% Polaków w UK, bo ich dochody zawierają się w przedziale £25 001 - £30 000. No i jest jeszcze trochę krezusów, którzy mają powyżej £50 000 na rok, a jest ich 7%.
Najmniej liczną grupę osób stanowią osoby nie pracujące i nie zarabiające nic, jest ich 5%. Nie należy oczywiście brać ich za biedotę, czy żebraków. Po prostu istnieją rodziny, w których pracuje jedna osoba, a druga zajmuje się dziećmi. Podobnie jak w przypadku osób zarabiających poniżej minimum krajowego – owszem, są tacy, którym się noga powinęła, pracodawca oszukuje, ale też są przecież osoby pracujące na pół etatu, czy nawet po dwie godziny dziennie. Ot, matka dzieciom, która dorabia sobie, kiedy mąż już wróci z pracy.

Autor publikuje też w "Tygodniku Polskim"