Blog emigracyjny

niedziela, 1 listopada 2015

Polak – i na mnie zarabia!?


Wzajemne rodaków relacje poza krajem to chyba temat stary jak sama emigracja. No i pewnie dotyczy nie tylko nas, ale wydaje się jednak jakbyśmy się mniej wspierali niż inne nacje. Może i coś jest na rzeczy – albo po prostu bardziej odczuwamy to, co nas dotyczy.

I nie ma się co dziwić. „I to Polak się tak wobec mnie zachował” - to bardziej boli. Wszak swoi powinni być bardziej lojalni, pomocni, czy nawet – braterscy. No i pewnie niektórzy są. Jak wykazują zresztą badania, skłonnych do pomocy rodakom jest 33 proc. Polaków. Wyprzedzamy wiele narodów, choćby Francuzów, Czechów czy... Turków lub Greków. Popatrzcie też na fora internetowe. Owszem, sporo jest osób zasiedziałych, które patrzą z góry na „greenhornów”, ale też wielu rodaków służy innym pomocą, a przynajmniej dobrą radą. Są więc Polonusi lepsi, i gorsi.

Sęk w tym, że ci gorsi potrafią dać się we znaki... Niektórzy wręcz twierdzą, że na emigracji najgorzej trafić na Polaka. Nie tylko, że nie pomoże, to poważnie zaszkodzi. Szczególną mendą potrafi być taki, który w kraju był niczym, a tu go zrobili np. „supervisorem”. Inna sprawa – jak wskazują poznane przez nas historie - że jego podwładni też potrafią skutecznie pod nim dołki kopać.

Zanim dojedziesz

Problemy imigranta z innymi Polakami zaczynają się często zanim jeszcze wyruszy w świat. Nie brak „lewych” lub po prostu źle zorganizowanych agencji oferujących pracę na „Zachodzie”. Pobierają one opłaty, za które naprawdę nic nie oferują, bądź dostarczają świadczeń, które osiągalne są darmo. Bywa też tak, że praca i dach nad głową istnieją, ale opłaty za nie, którymi obarcza się świeżo upieczonego imigranta, są tak wysokie i nieadekwatne do swojej wartości, że człowiek de facto staje się niewolnikiem robiącym za grosze.

Pośrednictwo, konsulting na rzecz rodaków, to bywa też ciężki kawałek chleba dla tych, którzy tym się zajmują, nawet legalnie. A wynika to z „polskiej zawiści”. - To ile pan na mnie zarobi? - słyszy np. pośrednik ubezpieczeniowy od rodaka, który uważa, że Polak powinien nie brać prowizji za pomoc innemu Polakowi. „To ile wy bierzecie dla siebie z ceny tych wczasów?” - To częste zapytanie, które słyszę od rodaków – mówi Janusz, konsultant agenta turystycznego Travelpol. - Tymczasem nie bierzemy nic ekstra, jesteśmy opłacani przez touroperatora, cena jest taka sama jak w jego katalogu. Ale rodaka to już nie interesuje.

„Wolę dać zarobić Anglikowi niż Polakowi” - i z taką dewizą muszą się czasami spotykać przedstawiciele polskiego biznesu. Podobną zasadą posługują się np. polonijne portale internetowe. Nie mają nic przeciw dyskusjom o firmach i usługach brytyjskich (pozytywnym, żeby się nie narażać na sąd), ale za nic nie dadzą wspomnieć o polskim biznesie – bo to by była kryptoreklama...


Z Polakami najgorzej w pracy


To jednak przypadki dość łagodne, wszak każdy może wybrać z kim chce współpracować i ma prawo do sympatii i antypatii. Gorzej, kiedy wprost działa się na szkodę rodaka. A i z takimi historiami się spotykamy, zwłaszcza w miejscach zatrudnienia.

Alicja pracowała kiedyś dla dużej firmy sprzątającej. Pracowała dobrze i już długo. Została supervisorem. Swoich polskich podwładnych traktowała po przyjacielsku i partnersku. I to był pierwszy błąd. Pomagała im w różnych sprawach formalnych w pracy i poza pracą – to były dwa błędy. A czwarty to ten, że uczyła ich języka. Jedną z koleżanek tak wyuczyła, że ta mogła ją nawet w razie konieczności zastępować – błąd piąty.

Naraziła się m.in. wtedy, kiedy wytknęła paru osobom wychodzenie z pracy przed czasem, co zarejestrowały kamery. Wystawiła się zaś na strzał, kiedy sama zaczęła brać wolne ze względów zdrowotnych. Pewnego razu po powrocie dowiedziała się, że jest zawieszona za... kradzież środków czystości, nawiedzanie pracowników w domach poza pracą, zajmowanie się sprawami spoza jej obowiązków (pomoc w aplikacjach WRS) itd. Dowody? – brak, za oskarżeniem stała angielska menadżerka i polska zastępczyni Alicji. Całe oskarżenie zostało roztrzaskane w drobny mak przy pomocy angielskiego kolegi, prawnika. Firma poczuła się dodatkowo upokorzona. Anna po powrocie z zawieszenie otrzymała... kolejne oskarżenie – poparte zeznaniami świadków, Polaków, „kolegów” z pracy... Poddała się bo miała dość. Zmieniła firmę. Tymczasem niektórzy ze świadczących przeciw niej też zostali wykopani... i zaczęli przychodzić do niej po pomoc. Już nieskutecznie.

Katarzynie
zatrudnienie w UK załatwiła przyjaciółka z dzieciństwa. Razem nawet zamieszkały, było miło i wesoło. Do momentu, kiedy okazało się, że Katarzyna zaczęła zarabiać więcej. Cóż, była „z innej półki”, znała świetnie język, była wykształcona i zorganizowana. Koleżanka straciła humor. Po pewnym czasie okazało się, że doniosła gdzieś, że Katarzyna pracuje na czarno. Rzecz bez sensu, ale koleżanki już nie mieszkają razem.

- Przyjechałem z kolegą do Anglii – opowiada Piotr. - Po przyjeździe poprosiłem żeby popilnował mojego bagażu. Jak wróciłem nie było ani bagażu ani kolegi. Co gorsza w torbie miałem nie tylko ubrania.
- Nie będę już nigdy współpracował z Polakami – zwierza się pewien polonijny przedsiębiorca. - Rozkręcałem właśnie swój biznes. Ci, których wziąłem do współpracy byli mili, ale za wszelką cenę starali się wyciągnąć ode mnie różne informacje. Po pewnym czasie ich już ze mną nie było, za to... miałem konkurencję.

Wielu zresztą uważa, że praca z Polakami to duże ryzyko. Hipokryzja, fałsz, nielojalność – to spotykane cechy. Każdy chce jak najwięcej dla siebie wyciągnąć, nawet kosztem innych. Wrobią, doniosą - byle mieć parę funtów więcej. Powszechna jest opinia wśród tych bardziej doświadczonych, że nie należy absolutnie zwierzać się Polakom – “wszystko co powiesz może być wykorzystane przeciwko tobie”. - Dziewczyny, jak już się spotkają, opowiadają sobie jeszcze większe bajki niż w Polsce – uważa Danuta z Londynu. - Pewnie rekompensują sobie w ten sposób brak dostępności do wielu rozrywek i ograniczone przebywanie w towarzystwie, a to ze względu na nieznajomość języka.

Powody

Skąd się biorą takie zachowania? Pewien internauta z forum w PL twierdzi: „90 procent Polaków, którzy wyjechali za granicę to zwykli nieudacznicy, którzy nie umieli sobie poradzić w naszym kraju. Ludzie bez szkoły, po podstawówkach lub zawodówkach…” Opinia to chyba krzywdząca i najwyraźniej nieoparta na żadnych badaniach. Coś jednak jest na rzeczy, bo przecież z danych statystycznych (i zwykłego rozeznania) wynika, że Polonia nie jest społecznością jednorodną. Obejmuje kilka generacji emigrantów ze zróżnicowanym poziomem wykształcenia, doświadczenia zawodowego i znajomości języka. Są to ludzie z różnych środowisk, o różnych zasadach, którzy tu często muszą żyć ze sobą. Ten, co to częściej chodzi do kościoła, ale na każdego pensa rzuca się jak komornik na szafę, mieszka z humanistą, który chodzi po muzeach, a jak oszczędza to na wakacje w tropikach. Nie pasują do siebie.

Na obczyźnie często wzmacniają się różne zachowania i poglądy. Jeżeli ktoś czuje się niepewnie w nowym kraju, ma problemy pracą i zarobkami, to bywa nieufny w stosunku do obcych i negatywnie nastawiony do tych, którym powodzi się lepiej. Ma większą skłonność do plotkowania i obgadywania innych.

A czemu nie walczymy o siebie? A to już może być pozytywne. Bo nie grupujemy się gettach i wyszliśmy już z czasów plemiennych. W większości chyba.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz