Blog emigracyjny

piątek, 18 maja 2018

Tak wiele hałasu o nic II


Przed nami Royal Wedding, „Królewski ślub”. Harry Windsor poślubi niejaką Meghan Markle. Kraj aż huczy. Jakie jednak ma dla znaczenie ten fakt dla Zjednoczonego Królestwa? Czy w ogóle jakiekolwiek?

ślub Harry'ego i Meghan
Po pierwsze, „królewskie” to nie znaczy króla, ani nawet kandydata na niego. Po drugie, ślub to nie pierwszyzna dla panny młodej.
Tak, jest to ożenek w rodzinie królewskiej. Harry nie jest królem i nim nie będzie. I to nie tylko dlatego, że jest szósty do tronu, ale właśnie żeni się z rozwódką. Już jeden król przed wojną musiał abdykować, kiedy odważył się na taki krok.

Ale Harry może, bo przecież wcześniej na tron wskoczy jego brat, który w dodatku wraz z małżonką rozmnaża się z powodzeniem.

Meghan Markle rzekomo ma korzenie również królewskie. Podobno rodzina jej ojca wywodzi się od Plantagenetów. Tyle, że Wikipedia, która ujawnia tę rewelację również pisze: „Ojciec ma pochodzenie holendersko-irlandzkie”. No bo jak się liczy i po kądzieli, to różne cuda mogą się przydarzyć.
No a matka jest oficjalnie Afroamerykanką – czyli Murzynką po naszemu. To chyba wciąż dozwolone określenie, chociaż wojownicy poprawności politycznej próbują je na chama wciągnąć na listę wyrażeń zakazanych.

Tak! Na to właśnie czekaliśmy! To było pewne, wcześniej czy później i w rodzinie królewskiej pojawią się Mulaci. I dobrze, prawda?
Co prawda, ja obstawiałem, że będzie jakiś Mohammed, ale poczekajcie jeszcze trochę... (a wtedy zmienimy interes na sułtanat).

No bo można się zastanawiać, czy jeżeli już trzymają tę rodzinę królewską ku uciesze gawiedzi (jak się trzyma małpy w klatkach), to czy nie powinni bardziej dbać o pewien jej format. W sensie konserwacji dziedzictwa narodowego. Tak jak nie dobudowuje się nowych elementów ze szkła i stali do Pałacu Buckingham i innych, tak może i tu nie powinno być – nie Broń Boże! nie chodzi chodzi o to, że czysto rasowo – po prostu nie zbyt nowocześnie.
No ale Windsorowie (do I wojny światowej nazywali się Sachsen-Coburg-Gotha) mają dość luźny wybieg, więc może i dla tego tak oddalonego od tronu nie ma co robić scen.

No a teraz jaki ma sens całe zamieszanie, którego jesteśmy świadkami? W sensie politycznym żadne. Tzn. dla jednych to kolejna degradacja rodziny królewskiej (bo i przeszłość panny młodej bywała ciekawa, jak donoszą tabloidy), dla innych dalszy ciąg liberalizacji.

Dla narodu ma to zaś potężne znaczenie rozrywkowe. W imię okazywania przywiązania do rodziny królewskiej będzie można się znów napić. Każda okazja dobra. A to mistrzostwa świata w piłce nożnej, a to święta, a to Bank Holiday po prostu. Anglicy lubią takie okazje. Można sobie zorganizować np. Royal Wedding Picnic. Co prawda tym razem wypadałoby szampana (no, niech będzie Pimms albo jakaś jego podróba) i do niego zakąsić truskawki, ale nie bądźmyż drobiazgowi!

A co za tym idzie, taki dzień to rewelacyjne możliwości dla handlu. A to pamiątki, a to napitki, a to owe truskawki właśnie. Różne knajpy, kluby, szkoły itd. urządzają okolicznościowe imprezy. W radiu pytają – jak macie zamiar obchodzić ten dzień? A tu dzwoni facet i mówi: „Ja, to wypiję parę piw i włączam finał Pucharu Anglii”.   

poniedziałek, 7 maja 2018

Skarbówka z ludem

Tak, dość tutaj narzekamy na różne pomysły naszych brytyjskich gospodarzy. Ale kiedy pytają nas w czym to życie na emigracji jest lepsze, odpowiedzi również łatwo znaleźć. Owszem, chodzi w znacznej mierze o lepsze zarobki, ale i to, że tych pieniędzy tak żarłocznie nie zabierają. W ogóle skarbówka jest tutaj bardziej przyjazna obywatelowi. Jak i tutejszy ZUS. 

Znacznie bardziej, wręcz dramatycznie. Praca w Wielkiej Brytanii pozwala na konsumowanie większej ilości jej owoców temu, kto ją wykonuje. Tak poprzez kwotę wolną od podatku, jak i wysokość obowiązkowych ubezpieczeń społecznych. A czasami brak konieczności ich odprowadzania.
Zaś człowiek, który zakłada w Wielkiej Brytanii działalność gospodarczą, nie musi się obawiać, że będzie z założenia traktowany jak potencjalny przestępca. Zjednoczone Królestwo stoi przedsiębiorczością. Od wieków wspiera biznes, a wręcz chroni go. Nie ma mowy o takich prześladowaniach jak w Rzeczypospolitej.

brytyjski system skarbowy
Nie ma tu sensu blokowanie działalności płotek, zaglądanie wszystkim do kieszeni na każdym kroku. Refleksja naszła mnie ostatnio podczas wizyty na car boocie. Wiadomo, że ci, którzy wyprzedają swoje starocie nie płacą podatku. Ale też – już na wjeździe – organizatorzy nie posługują się żadną kasą fiskalną. Dalej – ci, którzy prowadzą w tym miejscu gastronomię, również nie wbijają nic na kasę. Tysiące funtów przechodzą z ręki do ręki bez żadnej kontroli.

Byliście kiedyś na szkolnej imprezie. Handlują także bez użycia kas. Urządzają loterie. Na dodatek – o zgrozo! - sprzedają kawę po irlandzku na terenie szkoły... A gdzie ustawa o wychowaniu w trzeźwości?
Kto by się tym przejmował. Przecież szkoła musi sobie dorobić, a ci, którzy tu przyszli wiedzą co robią.

A jak już się ktoś rozlicza – cóż za prosta sprawa! Loguje się do systemu, wypełnia prosty formularz (który sam wszystko oblicza), płaci również online. Nigdzie nie dzwoni, nie chodzi, nie wysyła żadnych papierów. I tak już od lat. Ludzie nawet nie wiedzą, jak wygląda ich urząd skarbowy i gdzie jest.

Ktoś tu chyba rozumie, że trzeba pozwolić firmom się rozwinąć, aby można było z nich pobierać porządne pieniądze. A nawet jak pozostaną małe, to lepiej nawet żeby nic nie oddawały, jeżeli zapewnią komuś pracę, dzięki czemu państwo nie będzie musiało go utrzymywać. Względnie - lepiej brać małą łyżeczką, a częściej. I w każdym przypadku być do przodu.

Tymczasem u nas wymyśla się wciąż nowe sposoby jak się ludziom dobrać do skóry. Otwórzcie dowolnego dnia jakikolwiek serwis gospodarczy. Przynajmniej w dzisiejszych czasach. I tak np. czytamy w „Rzeczpospolitej”: „Podatnik może stracić pieniądze w banku na 72 godziny, a nawet na 3 miesiące. Wystarczy, że komputer fiskusa wytypuje go jako oszusta, a urzędnik uzna, że blokada zapobiegnie wyłudzeniom skarbowym”.

A dlaczego w dzisiejszych czasach? No bo rzeczywiście, wszystkie nasze rządy mają swoje na sumieniu. Wszechwładza skarbówki, wysysanie z firm ile się da, niszczenie ich właściwie, często bez udowodnionych zarzutów – to znamy od lat. Ale obecnie ta plaga, ten państwowy sabotaż na narodowej gospodarce (nie że państwowej, ale narodu właśnie), przybrały szczególnie zatrważający wymiar. Wydaje się, że codziennie wymyślają coś nowego. No przecież tej władzy szczególnie potrzeba kasy, potrzeby wiadomych podmiotów są niekończące się. Aparat skarbowy jest ponad władzą sądowniczą, której wyroków nie respektuje.

Nie będzie nad Wisłą dobrze, dopóki przez sektor skarbowy i ubezpieczeń nie społecznych „nie przejdzie anioł z mieczem ognistym”.
Trzeba będzie kiedyś zdemolować sporo, a z korzeniami wyrwać nawet złe przyzwyczajenia. Razem z ludźmi, którzy je mają.   

niedziela, 1 kwietnia 2018

Urodzinowy obowiązek na emigracji

Życie na emigracji w Wielkiej Brytanii to dla wielu konieczność - dla innych jednak przyjemność – dostosowania się do miejscowych obyczajów. Jednym z odpowiedników naszego ludowego „zastaw się, a postaw się” jest zwyczaj organizowania corocznych urodzin dla dzieci, koniecznie z maksymalnym gronem rówieśników i w wynajętym miejscu. Bez liczenia się z kosztami.

Owszem, nie tylko na emigracji, ale i w Polsce urodziny mamy co roku. Pewnie każdy przyjmuje systematycznie jakieś życzenia. Na 15., 18. 21. i któreś tam jeszcze urodziny robi się coś większego. Poza tym, mamy imieniny. No ale tutaj nie ma imienin – trzeba je więc czymś zastąpić.

Jednak tu nie chodzi o jakiekolwiek przyjęcie, poczęstunek. Obowiązkiem jest wynajęcie czegoś większego (wynajęcie kogoś również) i zaproszenie najlepiej całej klasy, plus grona znajomych spoza niej.
Pomysły są różne: małpie gaje, imprezy na basenie, na lodowisku, autobus z grami komputerowymi, wynajęcie sali i do niej animatora itp. itd. Coś zrobić trzeba. Przecież nas też zaprosili.
Tymczasem brak już pomysłów. Zwłaszcza w klasach późniejszych. Wszystko już było. A przecież wyścig trwa.

Nie przyjmować zaproszeń i samemu nie chodzić? Ale jak wytłumaczyć to dziecku? Trzeba brać w tym udział. Cóż z tego, że ojciec jednego dziecka jest prawnikiem lub lekarzem i wywalenie 500 funtów to dla niego pryszcz, a matka innego jest sprzątaczką? Ta brytyjska zrobi imprę na kredyt. Ta polska też wcześniej czy później pójdzie w jej ślady. Żeby się jednorazowo pokazać, dotrzymać kroku innym, odejmie dziecku/dzieciom z wakacji, pojadą i tak jak zwykle do babci na wieś.

To byłoby za mało
Jest jeszcze drobny problem dla otoczenia. 30 dzieci dzielone na 52 tygodnie, minus wakacje i tych paru, którzy jednak się wyłamią – jakby nie patrzeć wyjście jest co chwilę. Konieczność kupienia prezentu (najlepiej innego niż tydzień temu), jazdy nie wiadomo gdzie, czasami przeorganizowania czasu – nie każdy pracuje od poniedziałku do piątku od 9 do 3. No... tzn. ci, których na to zawsze stać często tak pracują.

To coś jak święta, po których człowiek jest zmęczony i chciałby już codzienności. Choć pewnie inni, którzy lubią się pokazać, właśnie dzięki temu i po to żyją. Im z tym dobrze.

niedziela, 18 lutego 2018

Odbierają paszporty polskich dzieci

Polskie dzieci urodzone w UK, które dostały paszporty brytyjskie w trybie uproszczonym, coraz częściej je tracą. Powodem ma być rzekomy błąd brytyjskich urzędników popełniony w momencie rozpatrywania aplikacji pięć lat temu. Za ów błąd każą płacić małym - do niedawna - polskim Brytyjczykom. Błąd można naprawić, ale jest to trudne, czasami niewykonalne. Wygląda to na celowe działanie - bo jak zauważa wielu komentatorów - któż mógłby być tak głupi?



A naprawiać mają ten błąd znów petenci, czyli rodzice polskich dzieci. Tacy, którzy przed urodzeniem dziecka mieszkali i pracowali w Zjednoczonym Królestwie przynajmniej pięć lat i mieli to udokumentowane. Bo to im pozwalano aplikować bezpośrednio o paszport dla ich pociech, bez uprzedniego występowania o obywatelstwo i związanej z tym dłuższej procedury.

A jaki to błąd? Otóż ci, którzy emigrowali do UK w pierwszych kilku latach po przystąpieniu do Unii Europejskiej nowych krajów w 2004 roku, byli zobowiązani do zarejestrowania się w tzw. Workers Registration Scheme (WRS) i do przepracowania pełnych 12 miesięcy.

Z kolei urzędnicy rozpatrujący wnioski o paszporty brytyjskie dla ich dzieci, powinni również żądać certyfikatu owego WRS. Tak nie robili. Rzekomo.

Dlaczego rzekomo? Bo np. autor tego postu dostarczył WRS do urzędu paszportowego. A teraz domagają się od niego owego dokumentu jeszcze raz. Więc - albo to kłamstwo albo ktoś owego dokumentu nie odnotował.

Albo jeszcze co innego. To WRS rzekomo ma być problemem, ale bywa, że urzędnicy domagają się i innych dokumentów. Np. ponownie zeznań podatkowych (P60) albo payslipów za pierwszy rok pracy rodziców. Albo karty stałego rezydenta wydanej przed urodzeniem dziecka! Choć według prawa nie jest ona konieczna do wystąpienia o paszport dla dziecka, no i ludzie niekoniecznie taki dokument wtedy posiadali. Ale, jak powiedział nam jeden urzędnik, "Her Majesty Passport Office może zażądać czegokolwiek". 

Nikt z tym nic nie robi. Instutycje polonijne nie reagują. Polski MSZ uważa, że to pojedyncze przypadki i że to nie jego sprawa, jak obce państwo wydaje swoje paszporty. Poniekąd to racja, choć poniewieranie obywateli również Polski i Unii Europejskiej nie wygląda pozytywnie. Pisze o tym ten portal polonijny w UK.
Sami poszkodowani zaś nie potrafią się zorganizować i np. wystąpić z pozwem zbiorowym. Niektórzy posłusznie schylają głowy i mozolnie dostarczają różne dokumenty - po czym ich kolejne wnioski są odrzucane, pod różnymi pozorami. Inni mówią "Będę się martwił za rok, naszego dziecka paszport jest jeszcze ważny". Jakoś to będzie. Wybiorą nas pojedynczo...

A tu wygląda na to, że na tym polega strategia powolnego wypychania. Takie rzucanie kłód pod nogi, pojedyncze kopy w d... raz temu, raz temu. Kiedyś może nie odnowią paszportu i dorosłemu, a kto im zabroni? Jakiś powód się znajdzie. Zwłaszcza, że ów poligon z udziałem małych dzieci przechodzą z łatwością.