Blog emigracyjny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy w UK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy w UK. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 listopada 2018

To my, a nie nas


Opublikowano jakiś czas temu wyniki badań, z których wynika, że Polacy, to nacja, która najczęściej na świecie używa ad-blockerów. Oczywiście, to zagadnienie technicznie, ale rzecz nie daje nam spokoju, bo wydaje się, że taka tendencja ma coś wspólnego z naszym charakterem narodowym. O ile on istnieje.


Tak więc polscy użytkownicy komputerów najczęściej tracą cierpliwość. No bo tak by to trzeba określić. Inni przecież mają podobne problemy z reklamami, które przesłaniają treści, być może zbierają dane - ale wytrzymują z tym dłużej. My - nie. No i być może też jesteśmy bardziej przewrażliwieni na punkcie naszej prywatności, może i słusznie, czy też konkretnie zbierania wiadomości na nasz temat. Innymi słowy, inwigilowania nas. My się nie damy.
Z ciut podobnych względów wynika stosunek do pracowników call centers. I znów – oni nie są lubiani w wielu miejscach współczesnego świata. Ale u nas ludzie wychwalają się na forach internetowych jak to ich zrobili w balona, czy też jaką to wiązankę im puścili. Bo naciągnięcie na koszta tego, kto nas chce naciągnąć, czy też zrównanie go równo z glebą, to czyn chwalebny. No tak zasłużyli sobie na to, bo chcą nam coś wcisnąć, może i oszukać, są namolni, no i wreszcie też domagają się informacji na nasz temat.
Nie jest oczywiście tak, abyśmy byli tak cwani, że aż odporni na zabiegi różnych salesmanów i oszustów. Jak i wszędzie, u nas mają się oni dobrze. Ale perspektywa spuszczenia takiego ze schodów - dosłownie - to rozwiązanie powszechnie akceptowane. To z kolei związane jest z możliwością „brania prawa we własne ręce” - jak to określają np. w UK, czy też raczej „obrony koniecznej” - jak my to ujmiemy. I jako Polak i człowiek podpierający się logiką oraz dbający o rzeczywiste, słownikowe znaczenie słów, opowiem się za tą drugą opcją.

Myśmy ze szwagrem...
Inna sprawa, że za naciągaczy mamy przedstawicieli wielu profesji. Innymi słowy termin „naciągacz” bywa u nas dość „naciągnięty”. Wyobraźcie sobie taką profesję, jak czyściciele okien. Owszem, w Wielkiej Brytanii są potrzebni i z tego względu, że okna otwierają się na zewnątrz i zwłaszcza tych wyżej nie da się łatwo umyć samemu. Jak wielu jednak znacie Polaków biorących window cleanerów? Chyba niewielu. No bo jak można za coś takiego płacić? Pojawia się nawet podejrzenie, że oni te okna trzymają w takiej postaci, właśnie po to, aby dać zatrudnienie pewnej grupie tych, którym za długo nie chciało się uczyć... No ale my ich nie będziemy dotować, bo „robić w konia to my a, nie nas”.
Korzystanie z usług rozmaitych, innych „engineers” też nie za bardzo wchodzi w rachubę, bo przecież mogę to zrobić: sam,  ze szwagrem, z kolegą. „Myśmy ze szwagrem nie takie po pijaku stawiali”... Kupowanie kanapek w polskiej rzeczywistości nie wszędzie się sprawdza. Owszem, działa gdzieniegdzie w wielkich polskich miastach, ale muszą to być wytwory naprawdę ekstra lub rzecz musi odbywać się w otoczeniu biurowym (najlepiej pozującym na zwesternizowane). Ale normalnie - to nie kupujemy czegoś, co możemy wykonać samemu. I w tym wypadku ma to dość sympatyczne podstawy, bo nie jesteśmy tak leniwi i niedouczeni w kuchni.
Ale rzecz idzie dalej. Nie bierzemy np. niektórych ubezpieczeń, a to urządzeń, które możemy naprawić sami... albo może nam naprawić szwagier. W ogóle najchętniej byśmy się w ogóle nie ubezpieczali, bo to pieniądze wyrzucone w błoto,a  ubezpieczyciele to naciągacze (często tak jest). Co widać, kiedy nadejdzie klęska powodzi.

Chłop żywemu nie przepuści
Takie a nie inne zachowania mogą mieć związek z naszą chłopską naturą. Jakaś tam pewnie jest, inna od tej „miejskiej”, a pojęcie o niej kształtują stereotypy, na równi z racjonalnymi cechami grupy społecznej ukształtowanej w danych warunkach społeczno-ekonomicznych. I raczej pierwotnie trudnych, jeżeli chodzi o wygody i przyjemności z życia. Chłop jest więc krnąbrny, uparty, przesądny, nieufny wobec obcych, według niektórych przebiegły. No i miedza się liczy, czyli „dotąd jest moje i tutaj mi nie leź”. Chłop jest też... dumny, ale kłania się z czapką w ręku.
Spotyka się opinię, że Polacy są bardziej niż inni introwersyjni, a ma to związek z ich właśnie przede wszystkim chłopskim pochodzeniem. Absolutna większość żyła przez wieki w małych zbiorowościach, w grupach bardzo ograniczonych liczebnie. Ich świat też był ograniczony, a ci którzy przyszli z zewnątrz byli obcy i najpewniej wrodzy. Widać to świetnie w filmie „Konopielka”. W owych czasach już aż tak zacofanych społeczności wiele nie było, ale przez wieki właśnie tak wyglądało życie społeczne wsi. Obcych lepiej nie wpuszczać, za dużo im nie mówić; a samemu lepiej nigdzie nie jeździć. A jak już tam jesteśmy - to strach.

Są kraje o społeczeństwie o kompletnie innym pochodzeniu i innym charakterze w związku z tym. Np. tacy Holendrzy, od setek lat żyjący w miastach, a do tego mający do czynienia z morzem i wszystkim co ono niesie - w tym szerokie kontakty. No i dziś czują się swobodnie w tłumie, wśród obcych.
A większość Polaków mieszka w miastach od czasów powojennych. W związku z wielkimi budowami socjalizmu, koniecznością zasiedlenia opuszczonych siedzib poniemieckich i pożydowskich. I mamy dziś społeczność, która „jeździ do babci na wieś”, na Wszystkich Świętych, na wesele itd.

Wszyscy to też szlachta
Ale przecież mamy do czynienia ze specyficznym rozdwojeniem jaźni Polaków. A może... z roztrojeniem? No bo przecież - „Jestem z miasta. To widać, słychać i czuć”. A z innej strony wielu dostrzega w naszym narodowym charakterze pozostałości sarmatyzmu. A przynajmniej chciałoby się przyznawać do szlacheckiego pochodzenia, a choćby takowej tradycji. Tak więc „Bóg, Honor i Ojczyzna” - to po szlachecku, bo chłopi, nie czarujmy się, długo nie mieli żadnej świadomości narodowej. Ale też warcholstwo i że „każdy sobie rzepkę skrobie”, a „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”.
Tak, tak „my home is my castle” to w Anglii sobie istnieje już tylko dla hecy, a my je traktujemy stosunkowo poważnie.  Nie lubimy jak nam ktoś z butami w nasze lezie. Koncepcja przegonienia komornika siekierą nieobca jest niejednej głowie. Większość opamięta się na czas (lub raczej policzy plusy i minusy takiej opcji). Ów niewielki margines, który próbuje się nie dać - trafia do ciekawostek w wiadomościach telewizyjnych.
„Polityczny był, chociaż gorączka kawaler” - powiedziano o pewnym szlachcicu w jednej z naszych powieści historycznych. No bo na polityce przecież też się wszyscy znamy...
Bo trzeba bronić swojego. „Barykaduj, barykaduj!” - krzyczał w „Seksmisji” Maksiu do Albercika, aby powstrzymać wraże siły płci odmiennej.

Historia przetrwania
Naród więc dbający o swoje, ale cwany. Musiał wszak radzić sobie w czasach rozbiorów i przetrwał sto kilkadziesiąt lat niewoli (w zależności od regionu). Później nadeszła wojna, okupacja i żyć było jeszcze trudniej. Za komuny też było nieciekawie. Jednak Polak umiał się zaadaptować, wykorzystywać to co jest. Zorganizował własny handel, bywało, że i własne struktury władzy. Ale też kłamstwo, oszustwo, musiały być w użyciu ze względów praktycznych. Dlatego „organizowanie” rzeczy, drobne kradzieże, np. ze swojej firmy, były długo akceptowane. Do tej pory akceptuje się ściąganie w szkole - no bo trzeba sobie radzić, a nauka niektórych rzeczy nie ma sensu. Słaba jest zaś akceptacja dla donoszenia, bo to zdrada - na „ich” rzecz, władzy, kiedyś okupanta.
No bo my swoje wiemy. I wiemy lepiej.

Jac
(autor publikował w "Tygodniku Polskim"



wtorek, 28 sierpnia 2018

No nie, znowu to samo...



W Wielkiej Brytanii nie mówię, że jest sierpień. Tylko, że jest już cholera sierpień. Dlaczego? Bo to nie jest taki sierpień, jaki znałem wcześniej. Tutaj zawsze musi się w tym miesiącu zepsuć pogoda. Człowieka wracającego np. ze słonecznej Grecji czy choćby z Polski wita taki pogodowy „shitt”, a co za tym idzie – dół psychiczny...

pada w sierpniu
Tak, żeby go jeszcze dobić na zakończenie wakacji. Które przecież jeszcze oficjalnie się nie zakończyły, ale na zewnątrz już jesień. Leje, wieje i ciemno. Owszem, dzień krótszy niż w czerwcu, ale przede wszystkim słońce szczelnie zasłaniają chmury.

Taki tu już jest układ pogody w ostatnich latach. Czy też „taki mamy klimat”. Maj, czerwiec – ciepło, właściwie jakby lato rozpoczynało się wcześniej. W tym roku jeszcze lipiec był genialny. Unikany wręcz, nie tylko jak na brytyjską pogodę, ale i w skali Europy.

Później nadchodzi ten denny sierpień. No i jeszcze mamy tzw. „Indian Summer”, czyli ostatnie podrygi lata... wczesną jesienią. Na to przynajmniej liczę. Żeby się jeszcze ogrzać po nijakim sierpniu, a przed zimą. Pewnie bez śniegu, pewnie z temperaturami wyższymi niż w Polsce. Co z tego jednak, kiedy ten wiatr powoduje, że zimno może być bardziej przenikliwe.

A z tym sierpniem jeszcze taki kłopot, że to właśnie w nim koncentrują się wakacje szkolne. W lipcu ich tyle, co kot napłakał.
W Polsce jest ich dwa miesiące, więc jak lipiec deszczowy (w końcu to najbardziej mokry miesiąc w polskich statystykach), to sierpniu bierzemy rewanż.

Dlatego – od tej pory będę wyjeżdżał jak najpóźniej się da. Tak, aby nie zaczynać jesieni za wcześnie.
Może i do Polski, bo tam powinno być lepiej, ale przede wszystkim tam, gdzie pogoda będzie gwarantowana. A dokładnie w jaki miejsce – to w następnym poście.

piątek, 27 lipca 2018

Odkurzyli nam tradycję

Upały straszne w UK... pewnie czujecie czasami ten smak lodowatego piwa, które czeka tam gdzieś na was w lodówce. Dobry pomysł, ale w pewnych warunkach inny może być lepszy. Bardzo brytyjski, choć ja lubię szczególnie jego wersję skandynawską. To cydr.

cydr lubelski
A jeszcze bardziej szczególnie – jego wersję owocową. Np. mango- truskawka, limetka, owoce leśne itp.
Wierzcie człowiekowi, który kiedyś nie cierpiał np. piwa z sokiem (chyba że grzane, w zimie, na poty). To się sprawdza.
Otóż spędzając kiedyś wczasy w Hiszpanii, tak mi się porobiło, że piwo, a zwłaszcza jego wersja ale, stopniowo przestawało mi smakować. Za to coraz bardziej zaczął mi podchodzić owocowy Kopparberg, zimny i jeszcze z lodem.

Anatomię tego drugiego zjawiska już zrozumiałem. Otóż jego smak coś mi przypominał... mam! „Gruźliczanka” - czyli woda sodowa z saturatora, z sokiem malinowym. Było coś takiego za komuny. Niezbyt higieniczne, ale przecież smaczne i świetne na pragnienie.

I Kopparberg właśnie taki jest. To sodówka z saturatora z sokiem owocowym i odrobiną alkoholu. Tzn. taki ma smak. A co do składu, to na pewno podstawę stanowi normalny cydr jabłkowy, reszta to dodatki.
A co do jabłkowego – taki też wypiję. Choć wolę chyba ciut ten gruszkowy, czyli perry. Może być i ten tani, grunt żeby zimny.

A teraz uwaga. Czemu właśnie cydr? Poza smakiem, ma jedną niepodważalną zaletę. Posiada mniej więcej tyle alkoholu, co piwo, ale tak nie rozleniwia. No bo kiedy w środku upalnego dnia łykniesz sobie kufelek lagera, istnieje niebezpieczeństwo, że już za bardzo nie będzie ci się chciało za dużo robić. Najlepiej byłoby wypić następne piwo... Dlaczego tak jest? Bo piwo zawiera chmiel. To składnik m.in. niektórych leków uspokojających. Cecha dobra, ale raczej na wieczór. Na dzień – nie za bardzo.
Tymczasem cydr da również leciutkiego kopa, orzeźwi, a nie uśpi. Przynajmniej w umiarkowanej dawce...

No i w UK go nie brakuje. I to w bardzo przystępnych cenach. Wielu tutejszych Polaków wypiło go tutaj po raz pierwszy, wielu się przekonało. Rzecz przecież smaczna, orzeźwiająca i tania. I często z polskich jabłek...  Bo przecież jesteśmy jednym z największych producentów tego owocu na świecie!

W Polsce też kiedyś pijano powszechniej. Jak i w ogóle różne produkty fermentacji owoców. Teraz stopniowo powraca do łask, ale wolno. Nie tylko, że przyzwyczajenie do piwa – ale też zła (normalka) polityka władz. Jakichkolwiek, czy peowskich, czy pisowskich.

A uwolnić to! Dać chłopom możliwość wyrobu i sprzedaży u siebie (w ramach rozsądnego limitu). Podatek obniżyć do minimum. Przez chwilę do zera. Sadownicy odetchną, owoce nie będą gnić. I rozbujamy tę branże na dobre. A ludzie będą mieli butelkę czy puszkę za 2 zł. Tyle to powinno kosztować.

Czy pisałem tego posta spragniony? Jak najbardziej! Na szczęście menadżer w pracy uraczył mnie zimniutkim Rekorderlig. Truskawka, mango, te rzeczy... Cymes! 

piątek, 6 marca 2015

Co imigrant ma



Majątek jakiego dawniej można było się dorobić zagranicą był w kraju nad Wisłą czymś pożądanym i realnie odróżniającym tych, co „na kontrakcie” od tych, którzy nigdzie wyjechać nie mogą. Również i z tego powodu zasobność emigrantów do tej pory bywa mocno przeceniana. Zwłaszcza, że zmieniły się czasy i uwarunkowania ekonomiczne. Spróbujmy zobaczyć jak wygląda portfel polskiego imigranta w rzeczywistości.

Dla większości z nas wyjazd zagranicę był koniecznością ekonomiczną. Bo tam nie można było do niczego dojść, bo po prostu brakowało na życie. Są jednak wciąż tacy, którzy w ten sposób planowali – lub planują – się dorobić. I również liczni tacy, którzy wyobrażają sobie, że praca zagranicą wciąż oznacza "kokosy”.
Pewnie osoby, które dorabiają się majątku, istnieją. Jednak codzienność emigranta jest obecnie inna. Podstawowy powód takiego stanu rzeczy jest jeden, choć bardzo opisowy. Zmiana ustroju politycznego. Nasze wejście do Unii Europejskiej,z którego wynika inna niż wcześniej sytuacja ekonomiczna – drastyczna zmiana kursu waluty – wciąż ewoluująca. To już nie te czasy, kiedy dosłownie parę dolarów, marek funtów, zarobionych w innym obszarze płatniczym, stanowiło potężny zastrzyk finansowy dla rodziny w kraju.

Wspomóc rodziny w kraju


W ojczyźnie panuje przekonanie, że imigranci pieniądze mają. Choćby dlatego, że wysyłają je do Polski. Inna sprawa, że są tacy, którzy wysyłają, „bo wypada”, „bo tam rodzina czeka”... a tak naprawdę nie mają na to wystarczających środków. Wysyłają też coraz mniej.
Jak wynika z ostatnich badań NBP, w ub. roku emigranci przysłali do Polski ponad 17,1 mld zł. To o ponad 300 mln zł mniej niż w roku poprzednim i aż o 3 mld zł mniej niż w najlepszym pod tym względem roku 2007.
Co ciekawe wskaźniki te maleją, mimo że wyjeżdżających z Polski przybywa. Według szacunków statystyków, za granicą przebywa już ok. 2,6 mln rodaków. Wśród powodów malejącej hojności trzeba wymienić jeden podstawowy – oprócz kryzysku ekonomicznego - Polacy zapuszczają korzenie zagranicą. Urządzają się, osiedlają się całymi rodzinami, bywa, że kupują nieruchomości. Nie tylko w tym celu zaś zaciągają kredyty. Przez to jeszcze bardziej wiążą się z miejscem, w którym aktualnie przebywają, no i pożyczki trzeba spłacać – najlepiej będąc na miejscu i dalej zarabiając np. w funtach. W kraju zaś pozostaje mniej tych, którym wypadałoby coś wysłać. Np. rodzice emigranta, ale nie żona i dzieci. One są tu i tu trzeba je utrzymać.
Jednak nasi zdążyli solidnie wspomóc Rzeczpospolitą. Otóż od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej emigranci przysłali do ojczyzny 166,8 mld zł – jak wynika z badania.
Liczba wciąż spada i to mimo tego, że w zeszłym roku nasz kraj opuściło znów ok. pół miliona osób. Zasilili oni grupę ponad 2,1 mln wcześniejszych emigrantów.
Nowi emigranci też wysyłają pieniądze. Są to jednak przeważnie kwoty bardzo niewielkie. Najpierw muszą wydać sporo pieniędzy na urządzenie się w nowym miejscu, gdzie osiedli. Inni szukają pracy albo ją dopiero rozpoczęli.
Z danych NBP wynika, że mniej więcej połowa tych, którzy pracują za granicą, wspiera swoje rodziny, wysyłając - czasami co miesiąc, czasami nie - część zarobionych pieniędzy. Najczęściej kilkanaście procent. W ubiegłym roku kwota ta wyniosła 4,1 mld euro i jest to najsłabszy wynik od wielu lat.

Tu jest słabo
Wygląda też na to, że ci, którzy wyjechali na Wyspy Brytyjskie nie mają najlepszych możliwości wspierania rodziny w kraju. Tu wyjeżdżaliśmy przede wszystkim dlatego, że można było – nie istniały wszak żadne limity, nie było konieczności posiadania załatwionej wcześniej pracy. Pomocnym argumentem na rzecz wyjazdy do UK było to, że tu się mówi po angielsku. A to i w Rzeczpospolitej chyba najbardziej popularny język obcy.
Argument finansowy istniał, owszem, nawet był dość powszechny. Ale coraz więcej osób widzi, że przeciętne zarobki pracownika niewykwalifikowanego nie zwalają z nóg – a w takim charakterze, niestety, wciąż wielu z nas pracuje.
Tak więc Wielka Brytania wypada słabo, zarówno ze względu na aktualny dochód, jak i realne możliwości „awansu płacowego” imigranta. W tym kraju w 2004 r. średnia pensja na jaką mogli liczyć świeżo upieczeni polonusi, wynosiła 1 tys. funtów, a do 2012 r. wzrosła do ledwie 1,2 tys. Potem jeszcze spadła. Lepiej zarabia się w Niemczech, Austrii, Irlandii – nie mówiąć o Norwegii.
Co prawda bezrobocie w Wielkiej Brytanii jest dziś najniższe od 6 lat. Stan rynku pracy potwierdza wyjście brytyjskiej gospodarki z okresu recesji – ale ludzie zarabiają mniej niż dawniej. I nie tylko imigranci.
W Polsce przeliczano, że łącznie zarobki Polaków na emigracji uskładały się na sumę 885 mld zł. Tak lepiej liczyć, bo uwzględnia się tak dochody w euro jak i w funtach. Zarobki w ostatnim czasie ustabilizowały się, bo sumy od trzech lat oscylują wokół 100 mld zł.

Konkretne liczby
Popatrzmy teraz jak wygląda struktura zarobków wśród polskiej imigracji w UK. Jak wynika z badania dokonanego przez portal Smartpolak, największa grupa osób, tj. 18%, deklaruje roczne zarobki brutto w przedziale od £20 001 do £25 000. 13% osób zarabia od £16 0001 do £20 000. Tylko o 1% mniej zarabia nieco więcej niż national minimum wage, od £13 126 do £16 000. 11% Polaków pracujących w UK zarabia national minimum wage czyli £13 125 rocznie.
Co do ekstremów, to taki sam procent, a więc 11%, naszych rodaków, zarabia poniżej national minimum wage (mniej niż £13 125). Są też tacy, którzy zarabiają dobrze, w przedziale od £30 001 do £50 000, a jest ich 10%. Trochę gorzej ma 8% Polaków w UK, bo ich dochody zawierają się w przedziale £25 001 - £30 000. No i jest jeszcze trochę krezusów, którzy mają powyżej £50 000 na rok, a jest ich 7%.
Najmniej liczną grupę osób stanowią osoby nie pracujące i nie zarabiające nic, jest ich 5%. Nie należy oczywiście brać ich za biedotę, czy żebraków. Po prostu istnieją rodziny, w których pracuje jedna osoba, a druga zajmuje się dziećmi. Podobnie jak w przypadku osób zarabiających poniżej minimum krajowego – owszem, są tacy, którym się noga powinęła, pracodawca oszukuje, ale też są przecież osoby pracujące na pół etatu, czy nawet po dwie godziny dziennie. Ot, matka dzieciom, która dorabia sobie, kiedy mąż już wróci z pracy.

Autor publikuje też w "Tygodniku Polskim"

Poprzedni post - poseł w Londynie


piątek, 8 listopada 2013

Skąd ta różnica

- czyli człowiek z ch... na czole


Uważam, że między talk shows w Polsce, a tymi w Wielkiej Brytanii jest mniej więcej taka różnica, jak między partią brydża, a wspinaniem się na namydlony słup w celu ściągnięcia butelki jabcoka.


Dokładnie tak - jedne są tak układne (może i za bardzo), a drugie - tak odpustowe. Nawet u Kuby Wojewódzkiego ludzie z reguły po prostu siedzą. Chodzi ta panienka z biustem, ale to już nie jest żaden szok.
Tymczasem w brytyjskim talk show prowadzący właśnie rysuje pani (znanej) genitalia na czole, a na policzku pisze "ch...". To w programie publicznym, nie żadnym niszowym.

Zastrzegam, że opieram się na bardzo wąskim wycinku rynku, tego typu twórczość raczej za bardzo nie oglądam. No może Wojewódzkiego trochę. Tu jednak osoby ze świata sportu, muzyki, filmu, często powiedzą coś ciekawego (a nie tylko dadzą sobie nasmarować ch... na czole).

Jednak, jeżeli ten wycinek rynku dotarł do mnie - rykoszetem, czy jak - to może dotrzeć i do innych. Te brytyjskie treści pokazał mi człowiek, który je odbiera od lat - dlatego, że inni odbierają.
Czyli - posłużmy się terminologią naukową - grupa poddana bezpośredniemu badaniu była bardzo nieliczna. Pośrednio - chyba duża.

Moja opinia jest oczywiście wobec tych względów subiektywna, ale zakładałbym się, że szersze badania potwierdziłyby podobne wnioski. Inna sprawa - o co pytać? Trzeba by tu i tam według tych samych reguł... a nie jak jakieś referendum. Więc ja tu tak sobie dywaguję...

Generalnie o co chodzi w mediach niepublicznych - o zysk. Nie ma "misji". I nie mówię, że ma być. Zyski, to reklama. Reklama, to oglądalność.
Obrażę więc Victorię Silvstedt (która się ucieszy), ściągnę portki, pokażę stringi (damskie - bo są męskie) - na męskiej d... i - bingo!

Poprzedni post - kraj zrobiony na kleju