Blog emigracyjny

wtorek, 24 marca 2020

Raport z zadżumionej wyspy cz IV., czyli zamykamy się



Mamy więc w UK „lockdown” Kraj został „zamknięty”. Boris Johnson wreszcie zarządził, a nie zalecił. Kłopot w tym, że owo zamknięcie jest dosyć nieszczelne. Wydaje się, że wielu wciąż robi co chce – tak osoby prywatne, jak i pracodawcy.

Dopuszczono np. możliwość uprawiania sportu na powietrzu. Oczywiście nie w grupach i przez ograniczony czas. Ale kto tego dopilnuje? No i jakby tych biegaczy więcej było niż normalnie.  Czyżby dlatego, że teraz ludzie mają czas? Chyba, że to złudzenie - biegacze wyróżniają się, bo innych nie widać.
Za to na lokalnym polu golfowym wciąż grają. Załóżmy, że utrzymują dystans albo, że są z tego samego domostwa. Załóżmy.

Wciąż można jeździć/chodzić do pracy. Ograniczono co prawda liczbę firm, które mogą wciąż działać, ale pracodawcy wydają się uparci. Głośno niedawno było o tym, że wciąż działają sklepy sportowe Sports Direct, które traktują swoją działalność jako społecznie konieczną. Tak, jak np. sklepy rowerowe - bo one są według rządu niezbędne w czasie zarazy. Coś w tym jest...

Na szczęście opinia publiczna tutaj działa i potrafi sporo wymusić – Sports Direct szybko się poddał. Jednak wciąż jest wiele takich przedsiębiorstw, które nie robią nic, bez czego społeczeństwo nie mogłoby się obyć, ale pozostają otwarte i w praktyce szantażują swoich pracowników, aby ci narażali zdrowie i życie swoje i swoich bliskich.

Niektórzy ich bronią - „no bo przecież padną”, no bo z czego będą żyli”. Najwyraźniej nie zdają sobie wciąż sprawy z powagi sytuacji. Z tego, że po drugiej stronie wagi nie są pieniądze, nie jest jakość czyjegoś życia – ale życie w ogóle.

Oczywiście wszelkie takie posunięcia opierają się tylko na zmniejszeniu prawdopodobieństwa zarażenia. Pewności nie będziemy mieli nigdy. No chyba, żeby nie wychodzić nawet na zakupy, do apteki, nie przyjmować listów, względnie cokolwiek co nam dostarczą przejmować w rękawiczkach i od razu dezynfekować, później dezynfekować rękawiczki, dezynfekować klamki, zakupy - żyć jak na sali operacyjnej itd.

Co do jakości życia, to widać jednak i niewielką poprawę. Jakby w niektórych miejscach usprawniono zaopatrzenie. W Sainsbury's, w którym niedawno straszyły puste półki, w pewnym stopniu je zapełniono. Sporo jest mięsa, nabiału, owoców, pieczywa, więcej puszek, karma dla zwierząt (też było już ceinko).
Nie ma  wciąż papieru toaletowego, piwa i wina są poważnie przetrzebione. Ale personel sobie radzi. Zarzucili front sklepu, jak za lepszych czasów, zgrupowaniem palet piwa na promocji. Oczywiście i tak nie zatkają spragnionych, bo naród ten pił zawsze dużo, a teraz może pić jeszcze więcej.

Soplica
Co bowiem robić na kwarantannie, kiedy telewizor już się nudzi, a z czytelnictwem od dawna tu słabo? Ale przecież są inne możliwosci. Znane od paru lat niektórym, a teraz odkrywane przez następnych. Okazuje się, że nawet alkohol można zamówić w internecie. Czasami cena wyższa, za to jaki wybór i jakie szacowne marki! Polskie też, ale te lepsze.
Ale są też piwa i inne. Do tego obchodzimy normalny system dostaw hipermarketów, który obecnie nie wyrabia. Takie Tesco miewa dostępne sloty np. dopiero za miesiąc. A tu pić się chce...

Niektóre dyskretne posty w mediach społecznościowych ujawniają też osoby, które działają „własnym przemysłem”. Wyciągnięto z piwnicy aparaturkę i dalejże pędzić! Inna sprawa, że w Zjednoczonym Królestwie sprzęt można kupić zupełnie legalnie, znów przez internet, z zaznaczeniem, że jest przeznaczony dla „kolekcjonerów”.

Jak to pokazano już w poprzednich postach tego bloga, na skutek epidemii i izolacji w UK kształtuje się nowy obywatel: piekarz-amator, człowiek bardzo czysty (zmierzajacy do sterylności - celu jednak praktycznie nieosiągalnego), najpewniej biegacz i... amator mocniejszych trunków. Tzn. jeszcze większy amator niż do tej pory.
Na zdrowie!


Czytaj poprzedni post w tym temacie