Blog emigracyjny

piątek, 27 lipca 2018

Odkurzyli nam tradycję

Upały straszne w UK... pewnie czujecie czasami ten smak lodowatego piwa, które czeka tam gdzieś na was w lodówce. Dobry pomysł, ale w pewnych warunkach inny może być lepszy. Bardzo brytyjski, choć ja lubię szczególnie jego wersję skandynawską. To cydr.

cydr lubelski
A jeszcze bardziej szczególnie – jego wersję owocową. Np. mango- truskawka, limetka, owoce leśne itp.
Wierzcie człowiekowi, który kiedyś nie cierpiał np. piwa z sokiem (chyba że grzane, w zimie, na poty). To się sprawdza.
Otóż spędzając kiedyś wczasy w Hiszpanii, tak mi się porobiło, że piwo, a zwłaszcza jego wersja ale, stopniowo przestawało mi smakować. Za to coraz bardziej zaczął mi podchodzić owocowy Kopparberg, zimny i jeszcze z lodem.

Anatomię tego drugiego zjawiska już zrozumiałem. Otóż jego smak coś mi przypominał... mam! „Gruźliczanka” - czyli woda sodowa z saturatora, z sokiem malinowym. Było coś takiego za komuny. Niezbyt higieniczne, ale przecież smaczne i świetne na pragnienie.

I Kopparberg właśnie taki jest. To sodówka z saturatora z sokiem owocowym i odrobiną alkoholu. Tzn. taki ma smak. A co do składu, to na pewno podstawę stanowi normalny cydr jabłkowy, reszta to dodatki.
A co do jabłkowego – taki też wypiję. Choć wolę chyba ciut ten gruszkowy, czyli perry. Może być i ten tani, grunt żeby zimny.

A teraz uwaga. Czemu właśnie cydr? Poza smakiem, ma jedną niepodważalną zaletę. Posiada mniej więcej tyle alkoholu, co piwo, ale tak nie rozleniwia. No bo kiedy w środku upalnego dnia łykniesz sobie kufelek lagera, istnieje niebezpieczeństwo, że już za bardzo nie będzie ci się chciało za dużo robić. Najlepiej byłoby wypić następne piwo... Dlaczego tak jest? Bo piwo zawiera chmiel. To składnik m.in. niektórych leków uspokojających. Cecha dobra, ale raczej na wieczór. Na dzień – nie za bardzo.
Tymczasem cydr da również leciutkiego kopa, orzeźwi, a nie uśpi. Przynajmniej w umiarkowanej dawce...

No i w UK go nie brakuje. I to w bardzo przystępnych cenach. Wielu tutejszych Polaków wypiło go tutaj po raz pierwszy, wielu się przekonało. Rzecz przecież smaczna, orzeźwiająca i tania. I często z polskich jabłek...  Bo przecież jesteśmy jednym z największych producentów tego owocu na świecie!

W Polsce też kiedyś pijano powszechniej. Jak i w ogóle różne produkty fermentacji owoców. Teraz stopniowo powraca do łask, ale wolno. Nie tylko, że przyzwyczajenie do piwa – ale też zła (normalka) polityka władz. Jakichkolwiek, czy peowskich, czy pisowskich.

A uwolnić to! Dać chłopom możliwość wyrobu i sprzedaży u siebie (w ramach rozsądnego limitu). Podatek obniżyć do minimum. Przez chwilę do zera. Sadownicy odetchną, owoce nie będą gnić. I rozbujamy tę branże na dobre. A ludzie będą mieli butelkę czy puszkę za 2 zł. Tyle to powinno kosztować.

Czy pisałem tego posta spragniony? Jak najbardziej! Na szczęście menadżer w pracy uraczył mnie zimniutkim Rekorderlig. Truskawka, mango, te rzeczy... Cymes! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz