Popularne posty

piątek, 6 marca 2015

Co imigrant ma



Majątek jakiego dawniej można było się dorobić zagranicą był w kraju nad Wisłą czymś pożądanym i realnie odróżniającym tych, co „na kontrakcie” od tych, którzy nigdzie wyjechać nie mogą. Również i z tego powodu zasobność emigrantów do tej pory bywa mocno przeceniana. Zwłaszcza, że zmieniły się czasy i uwarunkowania ekonomiczne. Spróbujmy zobaczyć jak wygląda portfel polskiego imigranta w rzeczywistości.

Dla większości z nas wyjazd zagranicę był koniecznością ekonomiczną. Bo tam nie można było do niczego dojść, bo po prostu brakowało na życie. Są jednak wciąż tacy, którzy w ten sposób planowali – lub planują – się dorobić. I również liczni tacy, którzy wyobrażają sobie, że praca zagranicą wciąż oznacza "kokosy”.
Pewnie osoby, które dorabiają się majątku, istnieją. Jednak codzienność emigranta jest obecnie inna. Podstawowy powód takiego stanu rzeczy jest jeden, choć bardzo opisowy. Zmiana ustroju politycznego. Nasze wejście do Unii Europejskiej,z którego wynika inna niż wcześniej sytuacja ekonomiczna – drastyczna zmiana kursu waluty – wciąż ewoluująca. To już nie te czasy, kiedy dosłownie parę dolarów, marek funtów, zarobionych w innym obszarze płatniczym, stanowiło potężny zastrzyk finansowy dla rodziny w kraju.

Wspomóc w kraju
W ojczyźnie panuje przekonanie, że imigranci pieniądze mają. Choćby dlatego, że wysyłają je do Polski. Inna sprawa, że są tacy, którzy wysyłają, „bo wypada”, „bo tam rodzina czeka”... a tak naprawdę nie mają na to wystarczających środków. Wysyłają też coraz mniej.
Jak wynika z ostatnich badań NBP, w ub. roku emigranci przysłali do Polski ponad 17,1 mld zł. To o ponad 300 mln zł mniej niż w roku poprzednim i aż o 3 mld zł mniej niż w najlepszym pod tym względem roku 2007.
Co ciekawe wskaźniki te maleją, mimo że wyjeżdżających z Polski przybywa. Według szacunków statystyków, za granicą przebywa już ok. 2,6 mln rodaków. Wśród powodów malejącej hojności trzeba wymienić jeden podstawowy – oprócz kryzysku ekonomicznego - Polacy zapuszczają korzenie zagranicą. Urządzają się, osiedlają się całymi rodzinami, bywa, że kupują nieruchomości. Nie tylko w tym celu zaś zaciągają kredyty. Przez to jeszcze bardziej wiążą się z miejscem, w którym aktualnie przebywają, no i pożyczki trzeba spłacać – najlepiej będąc na miejscu i dalej zarabiając np. w funtach. W kraju zaś pozostaje mniej tych, którym wypadałoby coś wysłać. Np. rodzice emigranta, ale nie żona i dzieci. One są tu i tu trzeba je utrzymać.
Jednak nasi zdążyli solidnie wspomóc Rzeczpospolitą. Otóż od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej emigranci przysłali do ojczyzny 166,8 mld zł – jak wynika z badania.
Liczba wciąż spada i to mimo tego, że w zeszłym roku nasz kraj opuściło znów ok. pół miliona osób. Zasilili oni grupę ponad 2,1 mln wcześniejszych emigrantów.
Nowi emigranci też wysyłają pieniądze. Są to jednak przeważnie kwoty bardzo niewielkie. Najpierw muszą wydać sporo pieniędzy na urządzenie się w nowym miejscu, gdzie osiedli. Inni szukają pracy albo ją dopiero rozpoczęli.
Z danych NBP wynika, że mniej więcej połowa tych, którzy pracują za granicą, wspiera swoje rodziny, wysyłając - czasami co miesiąc, czasami nie - część zarobionych pieniędzy. Najczęściej kilkanaście procent. W ubiegłym roku kwota ta wyniosła 4,1 mld euro i jest to najsłabszy wynik od wielu lat.

Tu jest słabo
Wygląda też na to, że ci, którzy wyjechali na Wyspy Brytyjskie nie mają najlepszych możliwości wspierania rodziny w kraju. Tu wyjeżdżaliśmy przede wszystkim dlatego, że można było – nie istniały wszak żadne limity, nie było konieczności posiadania załatwionej wcześniej pracy. Pomocnym argumentem na rzecz wyjazdy do UK było to, że tu się mówi po angielsku. A to i w Rzeczpospolitej chyba najbardziej popularny język obcy.
Argument finansowy istniał, owszem, nawet był dość powszechny. Ale coraz więcej osób widzi, że przeciętne zarobki pracownika niewykwalifikowanego nie zwalają z nóg – a w takim charakterze, niestety, wciąż wielu z nas pracuje.
Tak więc Wielka Brytania wypada słabo, zarówno ze względu na aktualny dochód, jak i realne możliwości „awansu płacowego” imigranta. W tym kraju w 2004 r. średnia pensja na jaką mogli liczyć świeżo upieczeni polonusi, wynosiła 1 tys. funtów, a do 2012 r. wzrosła do ledwie 1,2 tys. Potem jeszcze spadła. Lepiej zarabia się w Niemczech, Austrii, Irlandii – nie mówiąć o Norwegii.
Co prawda bezrobocie w Wielkiej Brytanii jest dziś najniższe od 6 lat. Stan rynku pracy potwierdza wyjście brytyjskiej gospodarki z okresu recesji – ale ludzie zarabiają mniej niż dawniej. I nie tylko imigranci.
W Polsce przeliczano, że łącznie zarobki Polaków na emigracji uskładały się na sumę 885 mld zł. Tak lepiej liczyć, bo uwzględnia się tak dochody w euro jak i w funtach. Zarobki w ostatnim czasie ustabilizowały się, bo sumy od trzech lat oscylują wokół 100 mld zł.

Konkretne liczby
Popatrzmy teraz jak wygląda struktura zarobków wśród polskiej imigracji w UK. Jak wynika z badania dokonanego przez portal Smartpolak, największa grupa osób, tj. 18%, deklaruje roczne zarobki brutto w przedziale od £20 001 do £25 000. 13% osób zarabia od £16 0001 do £20 000. Tylko o 1% mniej zarabia nieco więcej niż national minimum wage, od £13 126 do £16 000. 11% Polaków pracujących w UK zarabia national minimum wage czyli £13 125 rocznie.
Co do ekstremów, to taki sam procent, a więc 11%, naszych rodaków, zarabia poniżej national minimum wage (mniej niż £13 125). Są też tacy, którzy zarabiają dobrze, w przedziale od £30 001 do £50 000, a jest ich 10%. Trochę gorzej ma 8% Polaków w UK, bo ich dochody zawierają się w przedziale £25 001 - £30 000. No i jest jeszcze trochę krezusów, którzy mają powyżej £50 000 na rok, a jest ich 7%.
Najmniej liczną grupę osób stanowią osoby nie pracujące i nie zarabiające nic, jest ich 5%. Nie należy oczywiście brać ich za biedotę, czy żebraków. Po prostu istnieją rodziny, w których pracuje jedna osoba, a druga zajmuje się dziećmi. Podobnie jak w przypadku osób zarabiających poniżej minimum krajowego – owszem, są tacy, którym się noga powinęła, pracodawca oszukuje, ale też są przecież osoby pracujące na pół etatu, czy nawet po dwie godziny dziennie. Ot, matka dzieciom, która dorabia sobie, kiedy mąż już wróci z pracy.

Autor publikuje też w "Tygodniku Polskim"

2 komentarze:

  1. Witam, nie chce wyjsc na czepiajacego sie wszytkiego tzw. 'polaczka' lecz w ostatniej czesci swojego artykulu tj. 'Konkretne liczby' doliczylem sie razem 95% polakow ktorzy uczestniczyli w badaniu przeprowadzonego przez portal Smartpolak.Jak mam rozumiec pozostale 5%? Licze na rychla odpowiedz i serdecznie pozdrawiam.
    Szymon z Szkocji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się, to cytat z cudzych badań. Sprawdzimy, ale pewnie jest jakiś procent tych, którzy odmówili udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń