Blog emigracyjny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog emigracyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog emigracyjny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 października 2018

Nieznośna świadomość repry



Jest jedna rzecz, która ze Starego Kraju pochodzi, a nie pozwala mi w spokoju, bez ekstremalnych reakcji miejscowych, egzystować na emigracji. To nasza reprezentacja narodowa w piłce nożnej. Po jej występach lepiej dla mnie ostatnimi czasy nie przychodzić do pracy. 

reprezentacja Polski
A reakcje to ekstremalne, czyli skrajne, bo takoweż wrażenia odnieśli. Nie tak dawno temu nasi awansowali do Mistrzostw Europy. Tam jakoś dokulali się do ćwierćfinału. W pracy nawet przedłużono czas zamknięcia interesu, abym mógł zobaczyć też rzuty karne (tak, w pracy mogę dość często oglądać mecze).
No i to na nich zostawiło wrażenie. Później – eliminacje do Mistrzostw Świata. Znów pod wrażeniem. Słyszałem nawet określenia „mighty Poland”...

A ja mówię i tłumaczę. Lewandowski? Owszem, strzeli w lidze, nawet więcej niż jedną. Ale przeczytacie następną relację i on będzie należał do najgorszych na boisku. Krychowiak? W West Brom? Poczekajcie parę tygodni, to on wam pokaże. Zieliński? No zapowiadają transfer, rok temu też zapowiadali...


Co do reprezentacji, mówiłem, „nie, my nie jesteśmy tacy dobrzy, jak nasze miejsce w rankingu”. Prognozowałem ostatnie miejsce w grupie na mistrzostwach. No, może trzecie. Prosiłem o spokój i nie branie tego teamu w ogóle pod uwagę. Ale oni się uparli. I nagle – bach! Klęska. A ja muszę później słuchać narzekań, a co gorsza oglądać kąśliwe uśmieszki.

Milik marnuje sytuacjeTaki mamy właśnie problem na emigracji, że wokół nas nie mieszkają i nie pracują Polacy. Przynajmniej nie sami Polacy – a przede wszystkim tubylcy, ewentualnie inne narodowości. W kraju nad Wisłą kto się będzie z was śmiał? Kiedy wszyscy w tej samej sytuacji...

A pracuję w miejscu, gdzie 100 procent męskiej załogi interesuje się futbolem (a nawet pakistańscy klienci pamiętają nasze gwiazdy lat 70!). Może jeden, dwóch, zna przy okazji zasady krykieta, jeden grał półzawodowo w rugby. Poza tym futbol, Futbol, futbol, zakłady, zakłady – a nawet pytania czy Jagiellonia wygra z Pogonią. Tak, bo im liga angielska nie wystarcza. Idą szerokim frontem, w którym i dla naszych rozgrywek znajduje się miejsce.
Staram się więc nie doradzać, bo jak już to zrobię, to nie trafiam. Faworyt nagle dostaje w pałę. I ponownie trzeba chodzić kanałami.

No i teraz znów się śmieją. Lekka ironia – to w najlepszym przypadku. Unikam jak mogę, najlepiej mieć wolne. Ale nie zawsze się da. Bredzę coś o drużynie w przebudowie, że to tak naprawdę sparingi... ale sam w to nie wierzę.
 

czwartek, 13 września 2018

A macie tu Milo Kleftis?



Przeszukując butelki na dolnej półce, stojącej w cieniu jakiegoś egzotycznego drzewa lodówki, znalazłem wreszcie coś, co wyglądało na znajome - „Złodzieja jabłek”. Znajome z UK, skąd chciałem wyrwać się w miejsce urokliwe, ciepłe, najlepiej rajskie, acz spokojne. Mniej kojarzone z Grecją, skąd pochodzi, wciąż niedoceniane w Polsce, gdzie wciąż nie nauczyli się, że lodowaty cydr świetnie gasi pragnienie, „podnosi na duchu” - acz nie usypia.

promy w GrecjiLodówka była jedną z kilku, które wraz z małym, ale pakownym kioskiem, „piłkarzykami”, bilardem i czymś tam jeszcze, tworzyły mini-kompleks spożywczo-zakupowo-rozrywkowy przy najlepszej na tej wyspie plaży. Piaszczystej, przy porcie w Skali – najważniejszym chyba „mieście” na Agistri.




W cudzysłowie, bo choć wygląda jak miasteczko, to jest to tak naprawdę wioska, z niewielką liczbą mieszkańców. Podobnie jak odległe o 20 minut marszu Megalochori, do którego przypływają wodoloty z Pireusu przez Eginę. Do samej Skali przychodzą większe promy oraz poranny „Agistri Express” - prawie-wodolot (trochę się unosi) łączący wysepkę z większą Eginą. Promy w Grecji to wszak podstawowy środek transportu.

Oprócz owych miejscowości, są tu praktycznie tylko przysiółki. Niektóre tak małe jak Aponissos, składające się z prywatnej wysepki dołączonej do Agistri kładką – na niej mieszka jedna rodzina, która udostępnia teren i obsługuje plażowiczów – oraz większej knajpy na brzegu.
W ogóle na całej wyspie mieszka chyba nie więcej niż tysiąc osób.

I właśnie czegoś takiego szukałem na wakacje z UK. Bez tłumów (co nie znaczy, że bez ludzi w ogóle), trochę dalej, ale nie za daleko; tropikalnie, z dobrą plażą, czystą, ciepła i przejrzystą wodą. Tak, aby zdecydowanie odmienić sobie brytyjską szarzyznę. I aby podróż tam była prosta – choć aby przeciętnemu Kowalskiemu, Smithowi i Schmidtowi wydawała się skomplikowana. To bardzo ważny warunek...


http://www.bukujemy.co.uk



No bo tak jest. Agistri to rewelacyjna opcja wczasów z UK. Tak przypuszczałem, i teraz już jestem pewien, jako że wypróbowałem ten wariant na sobie. Chodziło o to, aby samolotem dostać się do Aten. Lata ich tam sporo, z wielu portów lotniczych w UK i przez cały rok. Dalej – „kopnąć się” promem na jakąś mniej uczęszczaną wyspę. Nie żaden drogi i zatłoczony Santoryn, czy Mykonos.

„Eee, z przesiadką...” będzie narzekał jeden marian z drugim. I dobrze. O to chodzi, żeby narzekał i aby rzeczywistość wydawała mu się inna, trudniejsza; to wtedy tu nie przyjedzie.
Ale wierzcie mi, ta przesiadka była mniej męcząca, niż niejeden lot z transferem do hotelu – w ramach „wczasów pakietowych” od jednego touroperatora - tak dla atrakcji objeżdżającym po drodze wszystkie hotele w okolicy.

Wyspy Sarońskie

Ale po kolei. Zaczynam od znalezienia najtańszego lotu. Dzięki odpowiedniej wyszukiwarce lotów da się coś fajnego znaleźć i na wakacje szkolne. Do tego dobieram zakwaterowanie. To łatwe. Kwatery wakacyjne nad Morzem Śródziemnym, czy to hotele, czy wille, czy apartamenty, da się tu znaleźć na każdy dzień i dowolną długość pobytu. Trzeba tylko do sprawy podejść odpowiednio wcześnie.
Później bukuję prom. Grecy tego raczej nie robią, kupują bilet po prostu w porcie; ale będąc cudzoziemcem i chcąc mieć wszystko „zaklepane”, lepiej zaufać przedsprzedaży. Zwłaszcza jeśliby wybierać jakieś dalsze trasy z mniejszą liczbą rejsów na dzień.

Transport z lotniska do portu? Żaden problem. Jeździ tu po prostu komunikacja miejska. „Od drzwi do drzwi”. W dzień chyba lepiej metrem, aby nie stać w korkach; pod wieczór można wziąć tańszy autobus. Linia X96 to nasze „Solarisy”, tak więc czułem się jak w Krakowie. Bilet w budce, przed wyjściem z budynku lotniska. Autobus ma przystanek początkowy też dokładnie w tym miejscu. Zgubić się po prostu nie da.

My przespaliśmy się jeszcze w hotelu 200 metrów od portu w Pireusie. Raz, że nasz samolot lądował późno, dwa – że podobała nam się ta opcja. Około północy odbyliśmy wszak spacer po tym starożytnym miejscu, pijąc piwo i pożywiając się w jednej z licznych, wciąż otwartych kawiarni lub piekarni. Za grosze.

Skala hoteleProm, czy wodolot, to w Grecji środek komunikacji, powszechny, prosty i normalny, że tak powiem „bez ceregieli”. Żadna skomplikowana embarkacja, wszystko odbywa się szybko, wręcz w biegu. Tak też się wysiada. W naszym przypadku w Megalochori (wodolot), gdzie już czekał autobusik zabierający chętnych do Skali. Pięć minut drogi i zatrzymujemy się w miejscu, gdzie jest „wszystko obok”. Prosto z drzwi autobusu do knajpy na dobre lody i zimne „Mythos”. Po drugiej stronie ulicy widzimy lokalną świątynię, widokówkową wizytówkę tego miasteczka i całej wyspy. 100 metrów w prawo – plaża. Ciut dalej mały porcik. Wzdłuż promenady ciąg knajp, parę supermarketów. 100 metrów w drugą stronę, jak się okazuje, nasz hotel.

A nazywał się tak samo jak cała wyspa. „Agistri”. Dwupiętrowy obiekt (tu znajdziesz recenzje), z widokiem na morze z każdego chyba pokoju i dodatkowo z fantastycznym tarasem na ostatniej kondygnacji, z widokiem na całą Zatokę Sarońską. Ateny z Pireusem po drugiej stronie (50 minut wodolotem, 2 g. statkiem), po drodze Salamina, a jeszcze bliżej Egina. Na lewo Przesmyk Koryncki i Peloponez.
Wokół mnóstwo zabytków starożytności, które znam tylko z książek.

zabytki egina

Przed nami dwa tygodnie zupełnego relaksu (tu przydają się zamykane okiennice na balkonie, bo Skala w nocy się bawi). Wakacje na Agistrii, to: plaża, snorkeling, próbowanie jadła w różnych przybytkach, cydr „Milo Kleftis” (i parę innych alkoholi), trochę zwiedzania. Dla tych, którzy nie chcą pchać się na Akropol w sezonie, polecam świątynię Afai na Eginie. Również dobrze zachowana. Łatwo dostępna (taksówka z portu 17 euro), bez tłoku. I widokami jakich wcześniej nie doświadczyłem i gdzie poczułem się, jakby znów oglądał serial „Odyseja”.

Żal było wracać. Ale już mam swoją opcję na wakacje z UK. Dzielę się nią, bo teraz czas na kolejną wyspę. 

niedziela, 9 września 2018

Powrót do przyszłości znów smuci



Kiedy w połowie lat 80-tych zobaczyłem „Powrót do przyszłości”, to obok innych emocji poczułem się dość zdołowany. Ostatnio jedna z polskich telewizji pokazała znów ten film i to odczucie pojawiło się również. A mieszkam w Zjednoczonym Królestwie.

Wtedy w PRL panowała przaśność i szarość. Pewnie i tak nie było tak źle jak gdzie indziej w sąsiedztwie, bo podobno mieliśmy „najweselszy barak w całym obozie”.
Jednak ten film pokazał mi świat zupełnie inny. A był to, co gorzej, świat chłopaka mniej więcej z podobnej półki wiekowej... I może dlatego ujrzałem te obrazy bardziej wyraźnie, niż w przypadku innych filmów „z tamtej strony”.

powrót do przyszlości
Zobaczyłem więc jak mogą żyć ludzie cywilizowani. Przede wszystkim kolorowo. I to już w latach 50-tych (które też pokazano w tym filmie). W sposób urozmaicony. Z masowym wykorzystaniem techniki. Mieszkając we własnych przestronnych domach. Prowadząc fajne samochody, już od nastego roku życia. Bez kompleksów. A jeżeli nawet są, to zawsze pojawi się jakiś Marty McFly, który ci powie „You can do it!”. Z uśmiechem – pełnym białych, zdrowych zębów. Itp. itd.
mcfly

My znaczy się też pochodzimy z kręgu tej samej cywilizacji, tyle że mieliśmy pecha znaleźć się na mapie pomiędzy wrogimi potęgami, kierowanymi najczęściej przez reżimy totalitarne. I może – co gorsza – czy to demokracja, czy brak demokracji, to potrafiliśmy zawsze wykierować się tak, że oddawaliśmy władze w ręce debili (i tak jest do dziś). Stąd i w znacznej mierze sami sobie zgotowaliśmy ten szary los.

Ale przecież ja i wielu z Was, którzy to czytają, to migranci. Naszym udziałem stały się praca i życie w Wielkiej Brytanii. Tutaj jest zgoła inne położenie kraju. Demokracja zaś miała podobno działać bez zarzutu... Gospodarka, no palce lizać. A z tego wszystkiego fajne, wesołe i zasobne życie.

No i dziś, tuż przed tym „Back to the Future”, pokazano „Keeping Up Appearances”, czyli u nas „Co ludzie powiedzą”. Wiecie, z Patrycją Bukietową.
Idą ulicą tej dzielnicy, w której mieszka „Powolniak”. Zaraz, co to kurwa jest Auschwitz? No ten sam styl. Prawie podobnie nędzne baraki. Nie otynkowane, jednakowe, ubogie... Wiedziałem, że skądś znam podobny obraz. A to przecież z wycieczki do byłego obozu koncentracyjnego!

bieda w uk
Ludzie tu, owszem, wolni. Ale jakżeż inni w prezencji. W tym serialu w miarę, ale przecież widzicie te szczerbate twarze, mordy zakutane w czarne dresy i kurtki. Kradnące na rowerach lub kradnące rowery. Ci z wyższych warstw zresztą też jacyś szarzy i dentystycznie zaniedbani. Domy jeżeli nawet nie councilowskie, to też jednakowe dla całej dzielni. A kupić je, zwłaszcza jakieś przyzwoite, już bardzo trudno.
Resztę czyni brytyjska pogoda. Razem jest – szaro, monotonnie, jednakowo, smutno. A jak przez chwilę wesoło, to łatwo można dostać w ryja. I oddać łatwo nie można; bo prawie zawsze rację w oczach policji i sądu ma ten, który cię zaatakował lub chciał okraść. Albo który jest ciemniejszy.

Nie wiem – taki styl, łeb nie ten (i to sprawa narodowa, genetyczna? co by nie powiedzieli przeciwnicy takiego podejścia do ras i narodów), przyzwyczajenia.... czy może ktoś ich klepie w karczycho, kopie w dupę, i utrzymuje w świadomości, że tak ma być i tak jest dobrze.
Niemniej tak jest. To wizualna, często ekonomiczna i intelektualna nędza. I nie zmieni tego parę szklanych wieżowców „Capital City” (był nawet taki serial, który kiedyś wywołał u mnie fałszywe wyobrażenia nt. tego kraju), ani spora grupa noblistów i wynalazców.
Reszta jest do dupy. Trzeba z tego wycisnąć ile się da, bo tego świata się nie zmieni. Przynajmniej nie za naszego życia.

wtorek, 28 sierpnia 2018

No nie, znowu to samo...



W Wielkiej Brytanii nie mówię, że jest sierpień. Tylko, że jest już cholera sierpień. Dlaczego? Bo to nie jest taki sierpień, jaki znałem wcześniej. Tutaj zawsze musi się w tym miesiącu zepsuć pogoda. Człowieka wracającego np. ze słonecznej Grecji czy choćby z Polski wita taki pogodowy „shitt”, a co za tym idzie – dół psychiczny...

pada w sierpniu
Tak, żeby go jeszcze dobić na zakończenie wakacji. Które przecież jeszcze oficjalnie się nie zakończyły, ale na zewnątrz już jesień. Leje, wieje i ciemno. Owszem, dzień krótszy niż w czerwcu, ale przede wszystkim słońce szczelnie zasłaniają chmury.

Taki tu już jest układ pogody w ostatnich latach. Czy też „taki mamy klimat”. Maj, czerwiec – ciepło, właściwie jakby lato rozpoczynało się wcześniej. W tym roku jeszcze lipiec był genialny. Unikany wręcz, nie tylko jak na brytyjską pogodę, ale i w skali Europy.

Później nadchodzi ten denny sierpień. No i jeszcze mamy tzw. „Indian Summer”, czyli ostatnie podrygi lata... wczesną jesienią. Na to przynajmniej liczę. Żeby się jeszcze ogrzać po nijakim sierpniu, a przed zimą. Pewnie bez śniegu, pewnie z temperaturami wyższymi niż w Polsce. Co z tego jednak, kiedy ten wiatr powoduje, że zimno może być bardziej przenikliwe.

A z tym sierpniem jeszcze taki kłopot, że to właśnie w nim koncentrują się wakacje szkolne. W lipcu ich tyle, co kot napłakał.
W Polsce jest ich dwa miesiące, więc jak lipiec deszczowy (w końcu to najbardziej mokry miesiąc w polskich statystykach), to sierpniu bierzemy rewanż.

Dlatego – od tej pory będę wyjeżdżał jak najpóźniej się da. Tak, aby nie zaczynać jesieni za wcześnie.
Może i do Polski, bo tam powinno być lepiej, ale przede wszystkim tam, gdzie pogoda będzie gwarantowana. A dokładnie w jaki miejsce – to w następnym poście.

środa, 22 sierpnia 2018

To nie jest czas parasoli


Dopiero po latach zauważyłem pewną ciekawostkę. Mieszkam w Anglii i nie noszę parasola. Czyżby tak zmienił się klimat? Fakt, ostatnio było wręcz afrykańsko – ale przecież znów zaczęło padać. A ja dalej swoje.

Ale czy tylko ja? No chyba nie. Owszem, parasole nie wyginęły całkiem, a się je jeszcze zauważyć gdzie nie gdzie. Ale to już zdecydowanie nie jest zjawisko masowe.

nie noszę parasola
W garniturze, z torebką - pasuje
Czemu? Można się zastanawiać. Na pewno moda. Parasol bardziej pasuje do garnituru, palta, jesionki, czy co tam jeszcze dawniej noszono. Do kurtki sportowej ani skórzanej już nie. Angole zresztą przemieszczają się i w zimie w samych t-shirtach. Koszulki z krótkim rękawem, to element ubioru całoroczny. Również na zimę w UK. Dla niektórych zaś, wcale licznych niestety – to dres. A do nich parasol niezbyt pasuje. "No bo jak ja bym wyglądał". No jeżeli już, to kurtka z kapturem.

Dalej – zmotoryzowanie społeczeństwa. Ludzie na dłuższe – a często i na krótsze dystanse – przemieszczają się głównie samochodami. A z tych, szybki przeskok do sklepu, do firmy, czy gdzie tam jeszcze. Parasola nie opłaca się rozkładać. Ci, którzy mają dalej, może i tę parasolkę zabiorą (pod warunkiem, że nie chodzą w samym t-shircie).

No i jeszcze ten element, który wciąż chodzi w koszulach i swetrach. Oni też są bardziej skłonni do tego typu chronienia się przed deszczem. Wiadomo, „konserwatyści”...

Gdzie jeszcze zauważyłem dużo parasoli? A na szlaku z parkingu do szkoły, tam gdzie zaprowadzam swoje dzieci. Nawet wiem dlaczego - bo wąsko po drodze. Ścieżka pomiędzy siatką zewnętrzną a boiskiem szkolnym (czyli drugą siatką) ma szerokość człowieka. W sam raz, żeby wp... się tam z parasolką i zasuwać gadając z koleżanką, nie zwracając uwagi kogo tą parasolką szturchamy. Ten typ tak ma.

A czy ja mam parasol? Oczywiście! Nie jeden. Stoją zresztą w przepisowym stojaku na parasole, niedaleko od wejścia. I czekają na swoją szansę.

A ja zaś myślę kupić sobie sztormiak.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Urodzinowy obowiązek na emigracji

Życie na emigracji w Wielkiej Brytanii to dla wielu konieczność - dla innych jednak przyjemność – dostosowania się do miejscowych obyczajów. Jednym z odpowiedników naszego ludowego „zastaw się, a postaw się” jest zwyczaj organizowania corocznych urodzin dla dzieci, koniecznie z maksymalnym gronem rówieśników i w wynajętym miejscu. Bez liczenia się z kosztami.

Owszem, nie tylko na emigracji, ale i w Polsce urodziny mamy co roku. Pewnie każdy przyjmuje systematycznie jakieś życzenia. Na 15., 18. 21. i któreś tam jeszcze urodziny robi się coś większego. Poza tym, mamy imieniny. No ale tutaj nie ma imienin – trzeba je więc czymś zastąpić.

Jednak tu nie chodzi o jakiekolwiek przyjęcie, poczęstunek. Obowiązkiem jest wynajęcie czegoś większego (wynajęcie kogoś również) i zaproszenie najlepiej całej klasy, plus grona znajomych spoza niej.
Pomysły są różne: małpie gaje, imprezy na basenie, na lodowisku, autobus z grami komputerowymi, wynajęcie sali i do niej animatora itp. itd. Coś zrobić trzeba. Przecież nas też zaprosili.
Tymczasem brak już pomysłów. Zwłaszcza w klasach późniejszych. Wszystko już było. A przecież wyścig trwa.

Nie przyjmować zaproszeń i samemu nie chodzić? Ale jak wytłumaczyć to dziecku? Trzeba brać w tym udział. Cóż z tego, że ojciec jednego dziecka jest prawnikiem lub lekarzem i wywalenie 500 funtów to dla niego pryszcz, a matka innego jest sprzątaczką? Ta brytyjska zrobi imprę na kredyt. Ta polska też wcześniej czy później pójdzie w jej ślady. Żeby się jednorazowo pokazać, dotrzymać kroku innym, odejmie dziecku/dzieciom z wakacji, pojadą i tak jak zwykle do babci na wieś.

To byłoby za mało
Jest jeszcze drobny problem dla otoczenia. 30 dzieci dzielone na 52 tygodnie, minus wakacje i tych paru, którzy jednak się wyłamią – jakby nie patrzeć wyjście jest co chwilę. Konieczność kupienia prezentu (najlepiej innego niż tydzień temu), jazdy nie wiadomo gdzie, czasami przeorganizowania czasu – nie każdy pracuje od poniedziałku do piątku od 9 do 3. No... tzn. ci, których na to zawsze stać często tak pracują.

To coś jak święta, po których człowiek jest zmęczony i chciałby już codzienności. Choć pewnie inni, którzy lubią się pokazać, właśnie dzięki temu i po to żyją. Im z tym dobrze.