Blog emigracyjny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie w UK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie w UK. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 września 2018

Powrót do przyszłości znów smuci



Kiedy w połowie lat 80-tych zobaczyłem „Powrót do przyszłości”, to obok innych emocji poczułem się dość zdołowany. Ostatnio jedna z polskich telewizji pokazała znów ten film i to odczucie pojawiło się również. A mieszkam w Zjednoczonym Królestwie.

Wtedy w PRL panowała przaśność i szarość. Pewnie i tak nie było tak źle jak gdzie indziej w sąsiedztwie, bo podobno mieliśmy „najweselszy barak w całym obozie”.
Jednak ten film pokazał mi świat zupełnie inny. A był to, co gorzej, świat chłopaka mniej więcej z podobnej półki wiekowej... I może dlatego ujrzałem te obrazy bardziej wyraźnie, niż w przypadku innych filmów „z tamtej strony”.

powrót do przyszlości
Zobaczyłem więc jak mogą żyć ludzie cywilizowani. Przede wszystkim kolorowo. I to już w latach 50-tych (które też pokazano w tym filmie). W sposób urozmaicony. Z masowym wykorzystaniem techniki. Mieszkając we własnych przestronnych domach. Prowadząc fajne samochody, już od nastego roku życia. Bez kompleksów. A jeżeli nawet są, to zawsze pojawi się jakiś Marty McFly, który ci powie „You can do it!”. Z uśmiechem – pełnym białych, zdrowych zębów. Itp. itd.
mcfly

My znaczy się też pochodzimy z kręgu tej samej cywilizacji, tyle że mieliśmy pecha znaleźć się na mapie pomiędzy wrogimi potęgami, kierowanymi najczęściej przez reżimy totalitarne. I może – co gorsza – czy to demokracja, czy brak demokracji, to potrafiliśmy zawsze wykierować się tak, że oddawaliśmy władze w ręce debili (i tak jest do dziś). Stąd i w znacznej mierze sami sobie zgotowaliśmy ten szary los.

Ale przecież ja i wielu z Was, którzy to czytają, to migranci. Naszym udziałem stały się praca i życie w Wielkiej Brytanii. Tutaj jest zgoła inne położenie kraju. Demokracja zaś miała podobno działać bez zarzutu... Gospodarka, no palce lizać. A z tego wszystkiego fajne, wesołe i zasobne życie.

No i dziś, tuż przed tym „Back to the Future”, pokazano „Keeping Up Appearances”, czyli u nas „Co ludzie powiedzą”. Wiecie, z Patrycją Bukietową.
Idą ulicą tej dzielnicy, w której mieszka „Powolniak”. Zaraz, co to kurwa jest Auschwitz? No ten sam styl. Prawie podobnie nędzne baraki. Nie otynkowane, jednakowe, ubogie... Wiedziałem, że skądś znam podobny obraz. A to przecież z wycieczki do byłego obozu koncentracyjnego!

bieda w uk
Ludzie tu, owszem, wolni. Ale jakżeż inni w prezencji. W tym serialu w miarę, ale przecież widzicie te szczerbate twarze, mordy zakutane w czarne dresy i kurtki. Kradnące na rowerach lub kradnące rowery. Ci z wyższych warstw zresztą też jacyś szarzy i dentystycznie zaniedbani. Domy jeżeli nawet nie councilowskie, to też jednakowe dla całej dzielni. A kupić je, zwłaszcza jakieś przyzwoite, już bardzo trudno.
Resztę czyni brytyjska pogoda. Razem jest – szaro, monotonnie, jednakowo, smutno. A jak przez chwilę wesoło, to łatwo można dostać w ryja. I oddać łatwo nie można; bo prawie zawsze rację w oczach policji i sądu ma ten, który cię zaatakował lub chciał okraść. Albo który jest ciemniejszy.

Nie wiem – taki styl, łeb nie ten (i to sprawa narodowa, genetyczna? co by nie powiedzieli przeciwnicy takiego podejścia do ras i narodów), przyzwyczajenia.... czy może ktoś ich klepie w karczycho, kopie w dupę, i utrzymuje w świadomości, że tak ma być i tak jest dobrze.
Niemniej tak jest. To wizualna, często ekonomiczna i intelektualna nędza. I nie zmieni tego parę szklanych wieżowców „Capital City” (był nawet taki serial, który kiedyś wywołał u mnie fałszywe wyobrażenia nt. tego kraju), ani spora grupa noblistów i wynalazców.
Reszta jest do dupy. Trzeba z tego wycisnąć ile się da, bo tego świata się nie zmieni. Przynajmniej nie za naszego życia.

piątek, 14 lipca 2017

Być autorytetem i mieć autorytet



Brytyjczycy, choć szczycą się swoimi tradycjami demokratycznymi, to jednak są społeczeństwem przyzwyczajonym do posłuszeństwa. Wszak „winner takes all”. Owo społeczeństwo również robione jest w balona za pomocą mechanizmów demokracji pośredniej i bezwiednie akceptuje ten stan.

Spotkałem się niedawno z wyjaśnieniem pewnego Brytyjczyka na temat dlaczego Hiszpanie tak ulegają władzy, czy też raczej dyktatowi instytucji oficjalnych. Po angielsku „authorities”. A ulegają im dlatego, że podlegali przez kilkadziesiąt lat dyktaturze (gen. Franco).

Przyczepiłem się wobec tego do słowa „autorytety” w jego angielskim rozumieniu. No bo w innych językach słowo "autorytet" nie jest synonimem słów "instytucja", "decydent" itd. (tylko dlatego, że znajduje się na jakimś szczeblu władzy). One ten autorytet mogą mieć – a mogą nie mieć. Na autorytet trzeba sobie zapracować. Nie zostaje się autorytetem w drodze mianowania.

Tymczasem u Anglików te dwie rzeczy są połączone. Wydaje się więc, że za pomocą słowotwórstwa daje się tu instytucjom więcej władzy, no bo automatycznie więcej uznania. Wszak ktoś, kto jest autorytetem, to i ma autorytet. Wypada go słuchać.

Oczywiście, źródłem owego posłuszeństwa może też być zasada, że „zwycięzca bierze wszystko” (zostaje pewnie też "autorytetem") . W Polsce też by tak niektórzy chcieli – wygrali wybory, to mogą robić, co chcą.

U Brytyjczyków obserwujemy niezdarne próby ustąpienia trochę pola demokracji lub zachowania jednak jej pozorów. Na szczeblu ogólnokrajowym, to nieudane referendum. Ludzie podjęli decyzję, która może być dla nich i dla kraju katastrofalna w skutkach. Wygląda na to, że teraz pewna część z nich zmieniła zdanie i chciałaby odwrócenia tej decyzji. Niestety, jest już za późno. Zresztą, jakby organizować kolejne referendum, to przecież „autorytety” by się ośmieszyły.

Na niższym szczeblu decyzje lokalnych councilów wydają się nieubłagane i niezmienialne. Nawet nie szermują one tym hasłem „winner takes all” - tylko, aby podeprzeć swoje posunięcia zasadami demokracji, organizują „konsultacje społeczne”. Tyle, że co zaplanowały, przeprowadzają bez względu na ich wynik...
„No czego chcecie, przecież były konsultacje” - odpowiadają, kiedy ktoś dalej protestuje, jak mu coś zburzą lub postawią albo podniosą trzykrotnie opłaty za parkingi. Uzasadnieniem dla wykonywania zamierzeń do końca jest na tym etapie już sam fakt, że konsultacje były, a nie ich rezultat.


sobota, 5 listopada 2016

Śmieci pod dywan



W wielkim parku niedaleko od mojego miejsca zamieszkania jak co roku organizują pokaz ogni sztucznych. Przyjedzie... pardon, pojawi się, kilkanaście tysięcy ludzi. Najlepiej niech idą na piechotę.

nie parkować podczas imprezy
Park leży przy dość ruchliwej, szerokiej drodze. Jednak mile widziane będą na niej tylko pojazdy tych, którzy tędy przejeżdżają, a nie tych, którzy chcieliby się zatrzymać. Zakazu zatrzymywania zresztą na codzień nie ma.
Nie chodzi o to, że dla tysięcy chętnych nie zorganizowano parkingu. Wręcz przeciwnie - parkowania zakazano. Wszędzie. I na tejże drodze wzdłuż parku i na dojazdowych do niej, na osiedlowych w pobliżu. I to w sporej odległości od miejsca, gdzie będzie pokaz. W promieniu paru kilometrów.
Od razu nasuwa się podejrzenie, że zastosują starą, angielską formułę" "please, arrange alternative parking options" - co po naszemu tłumaczy się jako "a idźcie w ch...".

Takie organizowanie wydarzeń masowych i mniejszych oraz codziennego życia w Wielkiej Brytanii jest tutaj typowe. Problem zostaje rozwiązany w ten sposób, że zostaje zamieciony pod dywan. Był - i nie ma go. Bo go nie widać.

A najlepsze jest to, że oni i tak przyjadą. I zaparkują. Niektórzy wypełnią szczelnie parking pobliskiego hipermarketu - którego klienci może by chcieli zrobić zakupy, ale mają pecha - a reszta stanie wzdłuż dróg, nie przejmując się poustawianymi co kilkanaście metrów pachołkami. Bo ludzie jadą po kilka, kilkanaście mil, z dziećmi, aby to zobaczyć. Jazda komunikacją miejską to mrzonka. Owa komunikacja jest nędzna, rzadka i powolna i nie ma żadnych szans, aby w paru autobusach zmieściły się tysiące ludzi.
No i te śmieci czasami spod dywanu wychodzą...

środa, 25 listopada 2015

Uciążliwości szkolne na początek dnia

Jak wykazują badania, imigranci znacznie bardziej niż miejscowi narażeni są na problemy psychiczne. Powody są dość oczywiste - przede wszystkim rozłąka, tęsknota, problemy komunikacyjne. Są jeszcze problemy z adaptacją. I ja chyba plasuję się w tej grupie - miejscowe zwyczaje, a raczej niedogodności, nawet po latach doprowadzają mnie do pasji.

Niedogodności szeroko rozumiane. Tak, te pogodowe też; ale przede wszystkim te wynikające ze specyficznej organizacji życia, czy też z jej braku. A szczególnie takie, które by nie musiały istnieć, gdyby trochę pomyśleć.
Na nerwy działają mi tutaj już od początku mojego dnia rodzinno-roboczego. Tak się składa, że udaję się najpierw z dziećmi do szkoły i przedszkola. To proces mozolny, obciążony wieloma niezrozumiałymi gdzie indziej upierdliwościami.

Już sam moment wyjścia jest "ciekawy". A to najpierw dlatego, że mój przedpokój - jak i pewnie u wielu z Was - ma kształt wąskiej kiszki, tunelu, czy jak to nazwać. O szerokości metra może. Więc musimy się tłoczyć, dzieci depczą sobie i mnie po butach.
Następnie - nie mogę niczego trzymać w rękach ani dziecka trzymać na rękach. A to dlatego, że Brytyjczycy lubują się w nietypowych systemach otwierania drzwi. Nie, nie da się po prostu nacisnąć klamki. W moim przypadku trzeba przekręcić górny zamek, w tym samym czasie drugą ręką, przekręcając "door-knob"i pociągając całość do siebie.
Wychodząc, uważać, aby na pewno mieć klucz w rękach. Bez niego wrócić już się nie da, drzwi bowiem zatrzaskują się i z zewnątrz otwieralne są tylko z klucza. Taki system, a nie błąd. Kiedyś zdarzyło mi się zostawić klucz w mieszkaniu...

Poranna droga w UK

Jazda o tej porze, to osobny temat. Jak wiadomo życie w UK rozkwita o godzinie 9. Na raz otwierają się wszystkie szkoły, biura, itd. W ten sposób organizuje się korki drogowe. One bowiem nie powstają - one są tworzone poprzez taką organizację czasu. Jakby czegoś nie można było przesunąć pół godziny wcześniej, czy później...
Dojazd w okolice szkoły (nie mówię o budynku - to niemożliwe) to kolejne, ekwilibrystyczne zadanie. Szkoła - nie tylko ta - mieści się na końcu ślepej uliczki, z rondkiem na końcu. Uliczka jest siłą rzeczy dwukierunkowa, ale wobec tego, że rezydenci parkują po obu jej stronach (normalny tutaj obrazek), ma w praktyce szerokość jednego pojazdu. Nie da rady więc, aby ludzie na raz tu wjeżdżali i wyjeżdżali.

Parkingów nie ma. Tak zbudowano szkoły i już. Trzeba stawać na żywioł i na chama, gdzie się da, miejscowym pod oknami, na zakazie. Władze szkoły zupełnie poważnie proponują parkowanie kilometr dalej, pod Tesco.
Dojście do budynku też jest ciekawe. Najpierw decyzja - idziemy przez łąkę (tereny dla zajęć WF), czy dookoła, po chodniku? Pierwsza opcja jest szybsza, ale błoto po kostki pewne. Druga wolniejsza, ale wtedy, kiedy na krzywym chodniku nie zgromadzi się wystarczająco wody - może być bardziej sucho. Jeszcze tylko przepychanie się przez smarkający tłum, stojący przed osobnymi budynkami dla każdej klasy po drodze (bo przecież tutaj szkolnego korytarza nie ma, nie da się czekać gdzieś pod dachem) i jesteśmy.
A później ja już sam mogę wrócić naokoło, ale szybkim krokiem, aby ubiec parkingowego, który może po g. 9 ukarać rodziców, którzy parkują gdzie się da (za darmo nigdzie się nie da, płatnie też nie - tu tylko dla rezydentów). I włączam się w korek powrotny.
Operacja długa, upierdliwa, nieporównywalna z tym, co pamiętam z czasów mojej podstawówki.

PS. Już słyszę tych, którzy powtarzają w takich wypadkach "Jak ci się tak nie podoba, to po co tu siedzisz" itp. Odpowiedź jest zawsze ta sama. Dla pieniędzy. Jak Kwinto, kiedy go zapytano, dlaczego zrobił tyle banków - "Bo tam były pieniądze".


Poprzedni post - Polak i na mnie zarabia


piątek, 15 listopada 2013

Pasożyt ze Starego Kraju

- rodzina z wizytą


Po raz kolejny czytam o jakimś szwagrze, który przyjechał na chwilę, zagnieździł się i ani myśli się wynieść. To plaga, który towarzyszy tym, którzy ułożyli sobie życie w UK od lat.

Wielu z Was to zna. I ja sam miałem takie propozycje, że ktoś wpadnie tylko na chwilę, pobędzie tylko do momentu aż się jakoś urządzi... Spać może nawet na podłodze. Zobaczycie, będzie wesoło!

Problem w tym, że oni z reguły nie potrafią się urządzić. Pamiętacie, jak kiedyś tu przyjechaliście i sami załatwiliście sobie mieszkanie (pokój na początek), pracę? Gatunek "szwagra na podłodze" nie potrafi przeprowadzić tych operacji samodzielnie. Właśnie dlatego to Wy tu byliście pierwsi i to on Wam zwalił się na głowę, a nie Wy jemu. On po przyjeździe będzie oczekiwał, że się go weźmie za rękę, załatwi pracę - i to dobrą, bo jest wybredny. Jak mu się nie będzie podobała to porzuci, dzwonić będą do Was.

Kiedy dowie się ile kosztuje mieszkanie stwierdzi, że zostanie u Was. No bo on buduje dom w Polsce (kładzie dach, potrzebuje na passata itp.) i on musi oszczędzać.
Praca w Wielkiej Brytanii jest dla niego etapem, przynajmniej z założenia. Wy tu jesteście na dłużej - w domyśle - nie musicie oszczędzać.

Nie dba o siebie - a komu miałby się pokazywać? Żona go nie pogoni. Zresztą nie umie, zawsze to ktoś za niego robił. Nie umie gotować, nie za bardzo chce się dokładać. Pożera tyle co Was dwoje. Przecież nie może dawać tyle za prąd i gaz, bo Was jest więcej.
Nie rozumie, że spanie na podłodze choć nie jest problemem dla niego, to jest problemem dla tych, którzy tu naprawdę mieszkają. A jeżeli nie śpi na podłodze, to nie rozumie, że mieszkanie w living roomie to nie jest normalna opcja, sofa zaś to nie łóżko.

Sprawa zdąża do dramatycznego finału. Jeżeli nie chcecie się pokłócić na dobre z rodziną, to pokłóćcie się tylko trochę i nie wpuszczajcie ich do siebie "na podłogę"  ani "na sofę". Pod jakimkolwiek pozorem. 

Poprzedni post - skąd ta różnica