Blog emigracyjny

wtorek, 21 marca 2017

Schowaj komórkę, bo strach jak łapią

Używanie telefonu komórkowego "za kółkiem" stało się w UK praktycznie niemożliwe według prawa. Zwłaszcza, że policja stara się wesprzeć nowe regulacje poprzez szeroko zakrojoną akcję wyłapywania tych, którzy jednak próbują pogadać przez telefon prowadząc samochód.

Już wcześniej rozmawianie przez komórkę w trakcie jazdy było nielegalne, ale teraz wprowadzono jeszcze ostrzejsze przepisy. Nowi kierowcy mogą wręcz stracić prawo jazdy (bo teraz odbiorą je już za 6 punktów karnych w ciągu pierwszych dwóch lat za kółkiem). Zaś skierowanie sprawy do sądu, to oprócz straty "prawka", także 1000 funtów kary (2500 dla kierowców ciężarówek i autobusów).
Lepiej nie próbować też z tzw. "hand-free phones", bo choć można ich używać, to... bez dotykania w celu wybierania numeru. No i w ogóle policja może cię zatrzymać, jeśli uzna, że nawet zestaw głośno mówiący przeszkadzał ci w normalnej jeździe. Podobnie jest z nawigacją w telefonie. Dozwolona, w uchwycie, ale trzeba ją zaprogramować wcześniej.
Aby użyć telefon w celu rozmowy, należy bezpiecznie zaparkować i wyłączyć silnik. Jeżeli takiej opcji nie ma, jest to dozwolone tylko w przypadku używania numerów 999 lub 112.

No i polcija wzięła się ostro za łapanie. Tym bardziej, że obiecujące są wyniki ostatniej "łapanki" z końca ubiegłego roku, jeszcze za starego prawa. Wtedy 47 formacji policyjnych w hrabstwach zatrzymało prawie 8 tys. kierowców, tj. co godzinę zatrzymywano 47 osób. Wystosowano 7800 mandatów, 68 spraw trafiło do sądu, w kilkuset przypadkach zastosowano pouczenie.
Teraz ma być jeszcze ostrzej. W użyciu są nieoznakowane pojazdy policyjne, kamery na hełmach motocyklistów i oczekuje się na sygnały od "zatroskanych przedstawicieli społeczeństwa". Chief Constable Susan Davenport z National Police Chiefs' Council stwierdziła: - Chcemy uczynić takie nieuważne prowadzenie samochodu społecznie nieakceptowalnym, podobnie jak jazdę po pijanemu. Stosujemy więc silne środki odstraszające i wysyłamy mocny sygnał, aby ludzie pomyśleli dwa razy o tym jak prowadzą.
Wygląda na to, że rozmowa przez telefon na drodze jest obecnie nawet bardziej tępiona w UK niż właśnie jazda po pijaku. Owszem, kierowanie pojazdem z komórką w ręce to karygodne występek, ale chyba pijacy i narkomani za kółkiem mają ciut większe "zasługi". Zaś pomysły na "niedotykanie" - w tym GPS - mogą okazać się niepraktyczne. Człowiek stojący w korku nie ma możliwości z niego wyjechać, aby stanąć gdzieś bezpiecznie - kiedy np. chce poszukać drogi alternatywnej. No i ciekawe, na jak długo policji wystarczy sił na takie wytężone działania.

wtorek, 14 marca 2017

Chcą więcej od samozatrudnionych

W trakcie zmagań okołobrexitowych inna rzecz ważna dla świata pracy i dla imigracji również, mogła umknąć naszej uwadze. Rząd Theresy May szykuje się, aby dokręcić śrubę samozatrudnionym. Pomysł na razie zatrzymano, ale na jesieni wrócą do tego, aby zabrać im trochę więcej grosza, a to za pomocą zwiększonej składki National Insurance.

Więcej za National Insurance
Jak wiadomo, dotychczas bywała ona symboliczna. Takie podejście miało ośmielać ludzi do podjęcia własnej działalności i było uznaniem faktu, że samozatrudnieni ponoszą większe ryzyko, a nie mają prawa do wielu świadczeń, które są udziałem pracujących na etacie. Jednak według rządu, owe różnice się zanikają, a ministerstwu skarbu potrzeba pieniędzy na „nowe wyzwania” - czyli np. opiekę społeczną i szkoły. No i rzekomo obecnie zatrudnieni na etacie niesprawiedliwie obarczeni są bardziej utrzymaniem owego systemu.
No więc powstał pomysł, aby stawka 9% Class 4 National Insurance obecnie płacona przez osoby zarabiające  pomiędzy £8,060 i £43,000 wzrosła do 10% w kwietniu 2018, a za rok o kolejny procent.

W połączeniu z innymi obciążeniami, transferem ok. miliona osób w pole oddziaływania Universal Credit (zamiast dotychczasowych Tax Credits), wielu straciłoby nawet i 16% rocznego dochodu. W dodatku tych uboższych... Można się spodziewać, że wśród owych osób mnóstwo jest imigrantów, a zwłaszcza Polaków. Bo samozatrudnienie to popularna opcja np. wśród naszych budowlańców, którym po takich zmianach praca w Wielkiej Brytanii jeszcze mniej się opłaci.

Na szczęście powstała bardzo silna opozycja wobec takich zamysłów. I to z tak ze strony Partii Pracy, Liberałów, jak i wśród członków partii rządzącej. Wytyka ona przede wszystkim ministrowi skarbu Philipowi Hammondowi, że ten planuje złamać obietnice wyborcze Konserwatystów, które zakładały m.in., że składka NI nie zostanie podniesiona do końca kadencji. A do tego krytycy przypominają, że osoby self-employed wciąż np. nie mają płatnych urlopów ani chorobowego. Za to bywają obciążeni dodatkowo, np. płacąc business rates (podatek od nieruchomości w biznesie).

Machiny rządowej pewnie się całkowicie nie zatrzyma, ale premier Theresa May zdecydowała się na razie odłożyć je w czasie, tj. do jesieni i zobowiązuje ministra skarbu do wysłuchania krytyków. Aby coś zabrać, będzie on pewnie musiał dać coś w zamian. Można zakładać, że pojawią się jakieś nowe prawa dla samozatrudnionych, typu zasiłek macierzyński.

Tylko żebyśmy w spokoju tej jesieni na swoich stanowiskach doczekali. Kto wie bowiem, co wymyślą dla samozatrudnionych przybyszów z Unii Europejskiej.