Blog emigracyjny

sobota, 19 listopada 2016

...burza na "Bazarze", czyli po co są fora


Fora internetowe pełnią na emigracji rolę szczególną. Pomagają często radzić sobie w obcym, nieznanym otoczeniu. Przetrwać wręcz. "Jednoczą naród"... albo go dzielą. No i mają też rolę taką jak wszystkie inne fora - można komuś wdzięcznie dokopać.

Co jest ich normalną cechą, nie można się to złościć. Taka wręcz rola forów. Co więcej - paradoksalnie - taka również ich rola, że można się publicznie z tą właśnie rolą nie zgadzać. Pewnie dlatego, że się nie rozumie natury forów, celów ich istnienia.
I to też jest normalne. Na forach internetowych może bowiem publikować każdy, dopóki nie łamie regulaminu. Profesor uniwersytetu, inżynier - który zdolny jest, choć ze stylistyką na bakier; murarz, ślusarz, kierowca-mechanik i ... każdy kretyn, który nie wszystko albo nic nie rozumie.
Wszystkie te cechy forów (i jeszcze sporo innych) widać wyraźnie i na forach polonijnych. A może jeszcze wyraźniej. Na emigracji bowiem, co udowodniono naukowo, różne problemy psychiczne, nerwowe, przejawiają się jaskrawiej lub wręcz dopiero się pojawiają.
Emigracja do Wielkiej Brytanii spowodowała szczególnie duży "wysyp" tego rodzaju mediów i twórczości, którą niosą. W UK jest sporo polskich gazet, trudno policzalna liczba polonijnych portali, a co za tym idzie sporo forów. Niektóre jednak zdobyły sobie pozycję dużo mocniejszą niż inne. Tak jest w przypadku kilku samodzielnych publikatorów, jak i kilku grup na Facebooku.

Pewnie sporo nerwów dla niektórych, a rozrywki dla innych, dostarczają wątki na manchesterskim "Bazarze". Tak jak ten niedawny na temat pewnej polskiej restauracji. Mieści się ona na Cheetham Hill, dzielnicy/osiedlu ("village"?), jednej z tych, co do których nie wiadomo po co się "Polańscy" tam pchają. Egzotyczne to dosyć, Trzeci Świat miejscami, średnio bezpiecznie. Pewnie chodzi o to, że wynająć coś można taniej niż gdzie indziej (co prawda później ten "zysk" odda się np. w ubezpieczeniu samochodu, ale kto tam myśli na zaś). No i o to, że Polacy bywali tu od dawna (przed Pakistańczykami?), tu np. działał polski klub "starej" Polonii.
A teraz jest restauracja. Która niedawno najwyraźniej podniosła ceny w sposób drastyczny i to wywołało burzę na "Bazarze". To może być również gwoździem do trumny owej restauracji, jako że jest to przykład myślenia typowy dla sfer rządowych, nie uwzględniający krzywej Laffera. Na zasadzie "więcej zażądamy - to więcej zarobimy". Tymczasem alternatywa jest taka "możecie dostać mniej albo wcale". A nie "mniej albo więcej". Ale niech działają jak chcą. "To wolny kraj"(?).

No i mamy wątek na FB, który stał się epopeją. Liczba postów i odpowiedzi idzie w setki. Są oczywiście ci, którzy odpowiadają "jak się nie podoba, to nie jeść tam". Są ci, którzy pytają "po co o tym pisać, jak ci się nie podoba, możesz po prostu nie iść" (czy coś w tym stylu). Te osoby nie rozumieją czym jest forum. Że to medium opiniotwórcze. Kiedy kupujemy nową komórkę, chcemy jechać gdzieś na wczasy, interesuje nas marka danego produktu, usługa, hotel... restauracja - to sprawdzamy, co o tym myślą inni. Na forach specjalistycznych i na ogólnych. Na FB coraz częściej. I stety, niestety; ci którzy takie usługi, czy produkty, dostarczają, muszą się z tym liczyć. Ci, którzy ich lubią - także.
I są wreszcie ci, którzy zwyczajnie wybrzydzają i ci, którzy polecają (mniejszość?) ową restauarcję. Oni rozumieją o co chodzi z forami internetowymi.

A ja tam pójdę, zjem, zapłacę (wrzucę w koszta - bo normalnie jadam w Weatherspoonie za pół tej ceny) - również napiszę na owym forum, co o tym sądzę.
   

sobota, 5 listopada 2016

Śmieci pod dywan



W wielkim parku niedaleko od mojego miejsca zamieszkania jak co roku organizują pokaz ogni sztucznych. Przyjedzie... pardon, pojawi się, kilkanaście tysięcy ludzi. Najlepiej niech idą na piechotę.

nie parkować podczas imprezy
Park leży przy dość ruchliwej, szerokiej drodze. Jednak mile widziane będą na niej tylko pojazdy tych, którzy tędy przejeżdżają, a nie tych, którzy chcieliby się zatrzymać. Zakazu zatrzymywania zresztą na codzień nie ma.
Nie chodzi o to, że dla tysięcy chętnych nie zorganizowano parkingu. Wręcz przeciwnie - parkowania zakazano. Wszędzie. i na tejże drodze wzdłuż parku i na dojazdowych do niej, na osiedlowych w pobliżu. I to w sporej odległości od miejsca, gdzie będzie pokaz. W promieniu paru kilometrów.
Od razu nasuwa się podejrzenie, że zastosują starą, angielską formułę" "please, arrange alternative parking options" - co po naszemu tłumaczy się jako "a idźcie w ch...".

Takie organizowanie wydarzeń masowych i mniejszych oraz codziennego życia w Wielkiej Brytanii jest tutaj typowe. Problem zostaje rozwiązany w ten sposób, że zostaje zamieciony pod dywan. Był - i nie ma go. Bo go nie widać.

A najlepsze jest to, że oni i tak przyjadą. I zaparkują. Niektórzy wypełnią szczelnie parking pobliskiego hipermarketu - którego klienci może by chcieli zrobić zakupy, ale mają pecha - a reszta stanie wzdłuż dróg, nie przejmując się poustawianymi co kilkanaście metrów pachołkami. Bo ludzie jadą po kilka, kilkanaście mil, z dziećmi, aby to zobaczyć. Jazda komunikacją miejską to mrzonka. Owa komunikacja jest nędzna, rzadka i powolna i nie ma żadnych szans, aby w paru autobusach zmieściły się tysiące ludzi.
No i te śmieci czasami spod dywanu wychodzą...